Na blogu miał być dziś wywiad o pierwszej w historii Prezydentce Stanów Zjednoczonych Hillary Clinton. Byłam umówiona na 7:45 ze świetną amerykanistką Pauliną Kozłowską z UW i 300polityki, wstałam przed 7:00 i po chwili pisałam do Pauliny, że zamiast wisieć ze mną na telefonie, niech się może lepiej prześpi. Dla niej to była bardzo długa noc, a przed nią jeszcze dłuższy dzień.

Nie, nie była PEWNA, że Clinton wygra, bynajmniej. Byłam pełna obaw, bo już parę razy w tym roku wydarzyło się „straszne-prawie-niemożliwe”. Ale byłam też pełna nadziei. Bo mimo wszystko wierzyłam, że wybór, kto będzie prezydentem „mniej złym” jest raczej oczywisty. Że nawet Stevie Wonder to widzi. Że przy wszystkich, skądinąd słusznych i uprawnionych, zarzutach wobec kandydatki Demokratów, skala kompromitacji Trumpa jest wystarczająco przygniatająca (bo, oczywista, w walkę na wizje, czy choćby programy, już dawno nie wierzę). Więc nie, nie jestem zaskoczona. Za to potwornie przygnębiona.

Nie, nie obawiam się przesadnie trzeciej wojny światowej, osi Moskwa-Waszyngton, która wygumkuje z mapy młode postsowieckie demokracje, ani nawet krachu na giełdzie i kolejnych lat globalnej recesji. Może będą, może nie, jak będą, to się zacznę martwić.
Nie, nie mam „oczywistych skojarzeń z Hitlerem”, ani Niemcami z lat 30.
Nie wiem, co Trump zamierza, ani czy dotrzyma wyborczych obietnic i których.
Nie wiem, czy utrzyma agresywny, napastliwy ton i będzie brnął dalej w szczucie jednych na drugich, czy jak w pierwszym przemówieniu po ogłoszeniu wyników, zamieni się w łagodnego wuja z co prawda niesforną grzywką, ale jednak niszczycielską mocą zwietrzałego kapiszona.
Nie wiem. Nie znam się, więc się nie wypowiem.
I słucham, słucham ekspertów, polskich i zagranicznych… i oni też nie wiedzą. Niektórzy nawet to uczciwie przyznają.

Proszę więc mi nie mówić, że wygrała jakaś wizja Ameryki, a inna wizja przegrała. Gówno.

Wygrał ten konkretny człowiek, antywzór, american nightmare. Uosobienie cwaniactwa i buty, pogardy dla słabszych i ludzi uczciwej pracy, a w najlepszym wypadku kabotyn, który uporczywie powtarzał hasła, w które sam nie wierzy. Żeby choć sprawny biznesmen, ale nawet to nie – fortuna Trumpa jest owocem trudu i talentu jego ojca, a on ją jedynie z sukcesami trwoni. Żeby choć skuteczny polityk, cyniczny, ale znający dobrze zasady tej gry, w której nie bierze się jeńców i wszystkie chwyty dozwolone. Ale Trump jest w polityce nowicjuszem, dyletantem. Żeby choć poczciwy człowiek, wierny mąż, czuły ojciec, hojny filantrop, oddany przyjaciel, utytułowany sportowiec, charyzmatyczny aktor chociaż. Nic z tych rzeczy. Żeby był choć błyskotliwy, albo cokolwiek – przystojny, z dobrym głosem, ciętym dowcipem, ale nawet to nie – żarty polskich kabaretów na Dwójce mają więcej polotu.

Więc nie wiem, naprawdę nie wiem, z czego się cieszą przeciwnicy „tej lewaczki Clintonowej”, którzy co prawda Trumpa nie popierali, ale jeszcze bardziej nie popierali jej. Schadenfreude jest miłe, ale ma dwie główne wady – trwa naprawdę krótko i lubi się odbijać czkawką. Nie powiem, że tak wygrać, to jak przegrać, bo nie wiem, co będzie. Ale myślę sobie, że to „jak” się wygrywa i „mimo czego” jednak ma znaczenie i więcej nawet mówi o regułach i sędziach tego wyścigu, niż o samym zawodniku.

W trzecim odcinku drugiego sezonu „Black Mirror” (doskonałej, serialowej antyutopii o niedalekiej przyszłości) brytyjskie wybory lokalne wywraca do góry nogami Waldo – fikcyjna animowana postać z internetu, słynąca z fekalnego żartu i ruchów frykcyjnych na wizji. Waldo startuje w wyborach dla beki. Nie ma programu i nawet nie udaje że ma. Nie tylko nie ma doświadczenia, wykształcenia, propozycji ani dokonań. Waldo nawet nie istnieje. Po mistrzowsku za to trafia w gusta publiczności, głównie obrażając wszystko i wszystkich po kolei i negując to, co było dotąd. Brzmi znajomo?

Dziś widzę tylko dwie zasadnicze różnice między Waldo a Trumpem. Waldo jednak w końcu przegrał brytyjskie wybory. Trump jednak istnieje.

 

 

Pin It on Pinterest

Share This