Pewnego dnia Firuze budzi dziwna wilgoć między nogami i dostrzega czerwoną plamę na swojej koszuli nocnej. Serce dziewczynki zaczyna mocniej bić. Ogarnia ją strach, że się skaleczyła. Łkając biegnie do matki. Jednak nim zdąży wypowiedzieć kilka słów otrzymuje siarczysty policzek. – Zamilcz – rozkazuje jej matka ostrym tonem, który nie pasuje do łagodności jej oczu. – To się przytrafia wszystkim kobietom. Tylko nikomu nie mów (…) Weź te szmaty i doprowadź się do porządku. To znak, że skończyło się twoje dzieciństwo. Odtąd musisz uważać, jak się zachowujesz. Nie możesz biegać ani skakać. Ani głośno mówić, ani chichotać. Teraz jesteś kobietą. (…) Firuze czuje się brudna i winna nie z powodu tego, co zrobiła, ale z powodu tego, kim jest. Babka zabroniła jej dotykać Koranu, dopóki krwawienie nie ustanie a ona dokładnie się nie umyje. Najwyraźniej nawet Bóg jej już nie chce. Elif Şafak, „Czarne mleko”, Wydawnictwo Literackie, s. 55-56

Nie ufam niczemu, co przez pięć dni krwawi i nie zdycha, pan Garrison w Miasteczku South Park

Spośród niewielu tabu zachodniej cywilizacji, które się jeszcze ostały, zmowa milczenia wokół miesiączki trzyma się jak Kazia Szczuka Marii Janion. Czyli mocno. W publicznej telewizji można sobie obejrzeć  3160 scen przemocy tygodniowo, ekranizacje bestsellerów soft porno stają się kinowymi hitami wszech czasów, a miesięczna krew w reklamach, jak była, tak jest niebieska.
Raz po raz ktoś próbuje przełamać zabobonny strach przed słowem na m. Czasem, ktoś to  zrobi na wesoło , ale potem i tak się okaże, że to producent podpasek (btw, reklama naprawdę szałowa, uwielbiam ją). Ale nie daj Bóg, gdy jakaś indyjska fotografka pokaże czerwoną plamę na pościeli. Facebóg nie daruje. Internet eksploduje.

Tak oto od tysiącleci, to co fizjologiczne, naturalne, NORMALNE traktuje się jak patologię, aberrację, odstępstwo. Od normy, którą wiadomo kto wyznacza.

Kilka dni temu podniosło się larum, że na Uniwersytecie Wrocławskim 15 maja ma się odbyć jakaś kuriozalna, pseudonaukowa, antykobieca konferencja o miesiączce, w której udział wezmą sami faceci. Profesor Monika Płatek opublikowała chmurny status na Fejsie, że mizoginia się panoszy na uniwersytetach, a PMS to konstrukt kulturowy. Codziennik Feministyczny (Nic o kobietach bez kobiet!), jak zwykle szybciej pisząc, niż czytając, od razu z grubej rury zażądał odwołania konferencji.  A do tego pewna zgrywuska na Fejsiku natychmiast odpaliła wydarzenie Żądamy streamingu konfrencji CBKE o wpływie miesiączki i co panowie naukowcy na to. Jakie cudownie zjednoczenie w walce z patriarchalnym szczytem bezczelności – pomyślałam bez cienia ironii. To teraz róbmy konferencje o wpływie wzwodu na wysokość PIT i CIT. Albo wróćmy do leczenie wędrującej macicy elektrowstrząsami.

Tymczasem, jak to zwykle bywa, wróciło wołem, co wróblem wyleciało. Po pierwsze, dyskutować będą wcale nie tylko panowie, a prelegentek jest dokładnie tyle samo, co prelegentów. Po drugie, tak wyśmiane i lekceważone „prawne aspekty następstw cykliczności płciowej kobiet”, przy bliższym poznaniu wydają się całkiem sensowne, a nawet ciekawe (jasne, że nie wszystkie, niektóre brzmią głupio, ale, dalibóg, nie na tej jednej konferencji część referatów pochodzi wprost z dupy).

Oto z programu sympozjum wynika, że dr hab. Monika Lewandowicz-Machnikowska wystąpi z referatem „Odpowiedzialność odszkodowawcza pracodawcy za zaburzenia cyklu płciowego kobiety związane z zatrudnieniem”. I co? Przewlekły stres w pracy jako przyczyna ustania miesiączki to nic śmiesznego, ani niespotykanego. „Karno- i penitencjarnoprawne aspekty następstw cykliczności płciowej kobiet”, o których ma mówić dr hab. Jacek Mazurkiewicz, to, jak mniemam, rozwinięcie tematu wykorzystywania PMS jako okoliczności łagodzącej wyroki dla kobiet, które dopuściły się przestępstw (co jest już praktyką sądów m.in. w Wielkiej Brytanii). Mgr Aleksandra Rogowska (Uniwersytet Wrocławski) ma z kolei wystąpić z odczytem: „Uprzywilejowany typ zabójstwa, sprawa Anny Reynolds i japoński urlop menstruacyjny, czyli o prawnych aspektach następstw cykliczności płciowej kobiet w kontekście równościowym”. Nie wiedziałam kim jest Anna Reynolds, ale już wiem. Tak się składa, że to brytyjska pisarka, która jako 17-latka zabiła matkę młotkiem, a której po 2 latach złagodzono wyrok dożywocia po tym, jak udowodniono, że w chwili popełniania zbrodni, cierpiała z powodu nierównowagi hormonalnej i PMS. No więc PMS nie istnieje, ale pozwala skracać wyroki morderczyniom. Nie wiem, czy jest się z czego cieszyć. Ale jak dla mnie, to całkiem spoko, że prawnicy sobie o tym podyskutują.

* Swoją drogą, japoński urlop menstruacyjny to też ciekawe zjawisko i nie widzę powodu, by się mu nie przyglądać. Jak donosi Newsweek „w Japonii wolne menstruacyjne dołączono do urlopowych standardów jeszcze w 1947 roku pod nazwą seirikyuuka, czyli „wolne fizjologiczne”. Do państw oferujących kobietom taki rodzaj zwolnienia z pracy dołączyła także Indonezja, gdzie kobiety mające bolesne miesiączki mają prawo do wzięcia dwóch płatnych wolnych dni w miesiącu. W 2013 roku z pomysłu skorzystał Tajwan, który w ramach wprowadzania genderowych regulacji prawnych, dał kobietom możliwość wzięcia nawet trzech dni wolnych z powodu menstruacji. Dwa lata temu dyskusja na temat takiego urlopu odbyła się w Rosji. Sytuację chciał zmienić deputowany Michaił Diegtiariow, kandydat na stanowisko mera Moskwy. Zaproponował wówczas projekt ustawy, który gwarantowałby kobietom dwa dni płatnego urlopu, ale pomysł spotkał się z chłodnym przyjęciem, uznano go nawet za seksistowski, a kobiety nie wyraziły nim większego zainteresowania.”

Gros feministek i feministów też uznało, że prawnicza dyskusja o miesiączce w orzecznictwie jest seksistowska, a hipoteza, że PMS ma wpływ na zachowanie, to pseudonauka, bo imputuje, że menstruacja to patologia, a nie fizjologia. Jak dla mnie, wcale nie imputuje. Jedyne, co imputuje to, że kobieca miesiączka (sic! ta forma ciągle powraca w komentarzach) miewa wpływ na zachowanie kobiet. Męska by pewnie miała na mężczyzn. Dlaczego do przyjęcia jest, że hormony mogą zmieniać zachowanie w ciąży i po porodzie (zachcianki, syndrom wicia gniazda, baby blues, depresja poporodowa, etc.), a nie mogą przed okresem?

Nie jestem naukowcem, nie jestem prawniczką, jestem feministką.  I trochę mi to wygląda na wylewanie dziecka z kąpielą i strzał we własne kolano. Z którego naprawdę nie popłynie niebieska krew. Nawet, jak się bardzo oburzymy i tym razem to my komuś damy w twarz, za to, że ośmiela się rozmawiać o tym brzydkim słowie na m.

 

 

 

 

Pin It on Pinterest

Share This