Pół internetu toczy bekę z najnowszego artykułu Frondy pod prostym acz chwytliwym tytułem Jak się przypodobać mężowi. Ze trzy dni się wzbraniałam przed czytaniem oryginału, zadowalając się mniej lub bardziej nabzdyczonymi odgłosami krytyki i czując przez skórę, że jak większość sieciowych szitstormów, powstał tylko po to, żeby się klikało i żeby baner sukienek Allani wyrobił swoje CPMy. I tak naprawdę, to nawet we Frondzie, nikt tego na poważnie nie uważa. Trochę jak z tą superekspresową babą, co nie śpi, bo trzyma parasol.

Ale i ja się złamałam. Nie, żebym nie wiedziała, co tam napisano. Przecież już chyba każdy z moich znajomych na fejsie rył w ziemi z powodu: „Wyprasuj mu koszulę, jeśli sobie z tym nie radzi. Może on wpadnie na to, żeby wyczyścić ci buty”.

Zajrzałam, bo nie mogłam uwierzyć, że te porady aż tak bardzo, nic a nic, nie różnią się od tego, co generalnie mają do powiedzenia kobietom różne poradniki z tzw. „kobiecymi pismami” na czele. No bo czyż: „Tylko dla niego zrób się na bóstwo” albo „Na imieniny nie kupuj mu znowu skarpet” to nie są frazy żywcem wzięte z jakiejś Claudii czy innej Kobiety i życia? Cosmopolitan by się nie powstydził: „Jeśli chcesz się kochać, to zacznij bez czekania na jego inicjatywę”. Tylko pewnie byłoby jeszcze coś o wibratorze i kulkach gejszy. No a: „Nie próbuj go na siłę zmieniać” + Mów mężowi o tym, co myślisz, co czujesz”  to już taka chałupnicza psychoterapia, że przeszła by z lekkością w jakimś Sensie czy innych Charakterach.

Tymczasem dużo bardziej smakowite, bo jeszcze bardziej cuchnące naftaliną są porady tejże samej Frondy dla mężów (Jak przypodobać się żonie?). Moim faworytem jest: „Zaproponuj czasem żonie wolne 2 GODZINY, zostając w tym czasie z dziećmi” oraz „Sam wyjdź z mocną i zdecydowaną inicjatywą, że dziś to Ty pomagasz dzieciom w odrabianiu lekcji. Uważajcie, MOCNĄ & ZDECYDOWANĄ! Kwiczę.

Fronda, jaka jest każdy widzi. A porady, dla panów, żeby się zaprzyjaźnili z prysznicem i dezodorantem wcale nie są takie głupie. Zresztą: „Nie rób z męża domowego odkurzacza i nie dawaj do zjedzenia tego wszystkiego, czego nie chciały dzieci” też. Sama to robię nieustannie 😉 Ciekawe, kiedy tak samo zacznie nas bulwersować aksamitne tłoczenie złotą rurkę wprost do nastoletnich gardełek, wszystkich innych „must have” i „must be” z gatunku: szczupła/śmiała/z idealną cerą. Jakoś „7 niezawodnych sposobów, by w tydzień odzyskać beach body” albo „Przejmij inicjatywę i zdobądź go w 5 krokach” w magazynach dla 13-latek nie wywołują przesadnego wzmożenia na fejsie. Czy się mylę?

Dużo bardziej niż pisany z podręcznikiem SEO gówniany tekścik pod Wykop oburza mnie to, co napędza hejterów vlogerki My Pale Skin. Wszystkie te dzieciaki, które uznały za stosowne zmieszanie z błotem dziewczyny, mającej odwagę pokazać twarz bez makijażu. Twarz dotkniętą średnio-uleczalną (wiem, co mówię), ale szczęśliwie zwykle tymczasową CHOROBĄ, jaką jest trądzik.

Sama latami bezskutecznie leczyłam się z trądziku, który był jedyną chyba katastrofą w moim nastoletnim życiu pełnym uniesień i sukcesów. Niezawinioną, ale uświadomioną każdym nerwem i naczyniem włosowatym mojego młodego ciała i ducha. Chińską torturą wody, która kapała mi na pryszczate czoło z hukiem za każdym razem, gdy w Filipince czy na banerze reklamowym TROLLA widziałam nieskazitelne, alabastrowe lica moich rówieśnic. Na szczęście już wtedy miałam cojones dość duże, by nikt nawet nie próbował mi dokuczać z tego powodu, a w moim domu tyle wsparcia i akceptacji, że nawet gdyby, to pewnie by po mnie spłynęło. Albo przyszedłby tato i dał w ryj, komu trzeba.

Nie byłam Dominikiem Szymańskim z Bieżunia, który nie chciał i nie potrafił się przypodobać komu trzeba. Kiedy było trzeba. Nie sprostał oczekiwaniom. Z metra ciętej normie dla polskiego czternastolatka. Bo miał grzywkę. Bo nosił rurki.

Więc powiesił się na sznurówkach.

 

 

 

 

Pin It on Pinterest

Share This