Odkąd europejski kryzys humanitarny nabrał nadzwyczajnego rozpędu z bebechów internetu dolatują mnie coraz to bardziej cuchnące wyziewy ludzkiej frustracji, ignorancji i złej woli. Nie mam już siły tego komentować (raz to zrobiłam i wystarczy), bo bezmiar skumulowanej nienawiści i pogardy mnie przygniata i przerasta. Serio i bez cienia przesady, muszę przyznać, że nie przypuszczałam, że za mojego życia, w moim własnym kraju, który przecież tak bardzo dostał po dupie rasistowskim batem, od moich własnych  rodaków (których, żyjący jeszcze czasem, dziadkowie mogą swoim życiorysem zaświadczyć, jaką hańbą i zarazą jest ksenofobia i dzielenie ludzi na tych nad- i pod- ), usłyszę wymawiane na głos  i pod nazwiskiem, te same toczka w toczkę ohydne, nienawistne, odczłowieczające teksty, które czytałam w reprintach Der Stürmera.

Wiem, że dla wielu z Was przypisywanie większego znaczenia komentarzom na fejsiku, jest daleko idącą egzaltacją, a droga pomiędzy lajkowaniem mema z bramą Birkenau, a faktyczną zgodą na przemoc czy w niej współudział wydaje się daleka. Myślę, że się oszukujecie (szczególnie polecam Waszej uwadze 2 artykuły z brytyjskiego tygodnika New Statesman. Jeden o tym, dlaczego porównania do atmosfery sprzed Holocaustu wcale nie są na wyrost. Drugi o tym, że największym zagrożeniem dla „naszego stylu życia” nie jest wcale arabska imigracja, tylko zgoda na pogląd, że życia pewnych ludzi są mniej wartościowe niż innych).

Ale dziś chcę Wam napisać o tym, że jednak czasem anonimowa internetowa tłuszcza potrafi zdobyć się na coś więcej niż bezkarny, hejterski komć pod zdjęciami martwych dzieci wyrzuconych na brzeg Morza Śródziemnego po nieudanej przeprawie do Europy. I o tym, że hasztagtywizm nie zawsze jest zupełnie bez sensu.

A rzecz dotyczy pewnego ojca.

Być może, kilka dni temu mignęło Wam gdzieś to zdjęcie:

Dobry hasztag czyni cuda źródło: twitter.com

Dobry hasztag czyni cuda. Źródło: twitter.com

Też je widziałam. Wzruszyło mnie i poruszyło. Na jakieś 3 sekundy.

W zalewie rozdzierających serce fotografii dramatów rozgrywających się na rubieżach Unii Europejskiej było jednym z tych, które zapamiętuje się bardziej. Bo to dziecko, ten ojciec. I te długopisy. Niemniej…

Stała się jednak rzecz nadzwyczajna – wzmiankowany powyżej dziennikarz serwisu, który pisze o konfliktach zbrojnych zadał sobie trud by ustalić tożsamość mężczyzny ze zdjęć, a potem  pod hasłem #BuyPens zarządził mały crowdfunding na jego rzecz. Chciał zebrać 5 tys. dolarów, żeby gość nie musiał już z dzieckiem na rękach żebrać o grosze na chleb. Zebrał już 100 tys., a to jeszcze nie jest koniec zbiórki.

A wiecie co zamierza zrobić pan ze zdjęcia (który z dnia na dzień, właśnie został wydobyty z nędzy)? Mógłby zrobić naprawdę dużo, właśnie trafił szóstkę w totka. Otóż pan ów chce się tą kasą podzielić z innymi uchodźcami w potrzebie.

To, co to było, co się nadal mnoży nawet, gdy się dzieli?

Dobro? Czyżby?

 

 

 

 

Pin It on Pinterest

Share This