Do dziś się zastanawiam, czy to moja wina, że nie umiałam urodzić? fot. Boska Matka

Kiedy sfotografowałam się z kartką papieru i tym smutnym fragmentem swojej porodowej historii w sekundzie dostałam lawinę odpowiedzi: „nie narzekaj, mogło być gorzej”; „lepiej ciesz się z takiego końca i zdrowego synka” albo „lepiej by było, aby lekarka nic nie mówiła, nie zrobiła cesarki i wyjęła martwe dziecko drogą naturalna?”. Faktycznie. Nie byłoby lepiej. Gdy czytam: „U nas położna powiedziała na głos do lekarki „to teraz trzymaj kurwa główkę, jak wypadła” – wiem, że i tak miałam wielkie szczęście. I tym bardziej jestem wściekła.

Akcja „Rodzic po ludzku” wyciągnęła na światło dzienne patologie polskich porodówek i od lat pomaga zmieniać porody nad Wisłą w doświadczenie, które nie musi być traumatyczne i upokarzające. Ba! Może być piękne. Może być intymne. Może być doświadczeniem kobiecej mocy i siły. Może być doświadczeniem obojga rodziców. Jeszcze dwie dekady temu – nie do pomyślenia.

To dzięki „Rodzić po ludzku” i wszystkiemu co zadziało się przez ostatnie 20 lat od startu akcji na sali porodowej mógł być ze mną mąż i dawać mi wsparcie, o jakim nawet nie marzyłam. Pewnie także dzięki tej akcji w mojej przaśnej salce porodowej znalazły się piłka i drabinki, a moja położna z przydziału w trymiga przeszkoliła Tatę Mikroba z takiej techniki masażu, jakiej w szkole rodzenie nie uczyli, a tylko ona przynosiła mi ulgę. Wiem, że wiele się zmieniło. I zmienia nadal.

Zmieniły się procedury. Zmienia się system. I chwała Panu!

Niestety, procedury to nie wszystko.

Mimo znakomitych, międzynarodowo kolaudowanych procedur, z polskimi porodówkami nadal jest coś nie tak. Co? A raczej kto? Bo najczęściej chodzi o ludzi. Najprostsza odpowiedź – nie zmienili się ludzie. Ich mentalność. Ich podejście. Ich „kultura pracy”. Ich poziom empatii.
Tak, wiem, to są wszystko jednostkowe przypadki, bo tak ogólnie to jest dobrze, nasi lekarze to wspaniali fachowcy. Nasze położne chodzą w różowych fartuszkach. Ale jak widzę setki lajków i udostępnień tekstu MamaDu o akcji #lepszyporód, jak czytam historie wypisane na kartkach, jak w komentarzach sypią się wspomnienia, od których włos się jeży na głowie, to mam spore wątpliwości, co do jednostkowości tych przypadków. Trochę ich za dużo.

Sytuacji porodu nie da się porównać chyba z żadną inną. To z pewnością doświadczenie z gatunku granicznych. I cała ta opowieść o jednoczesnym pięknie i bólu, który się zapomina. O niebywałym cierpieniu i radości, która wszystko przyćmiewa. O krańcowym wycieńczeniu i satysfakcji, która w końcu góruje nad największą traumą – to wszystko prawda. Na szczęście i nieszczęście.

Bo to jest jednocześnie opowieść o pewnej specyficznej sytuacji społecznej. Sytuacji rodzącej kobiety. Czasem także sytuacji towarzyszącej tej kobiecie osoby. Opowieść o całkowitym ubezwłasnowolnieniu. O totalnym zdaniu się na łaskę i niełaskę personelu medycznego. O tym, jak trudno domagać się respektowania swoich praw i godności, gdy Twoim ciałem targają skurcze i ból nie do opisania. Jak niebywałej odwagi wymaga walka o przyzwoite traktowanie, gdy na szali jest zdrowie i życie Twojego dziecka. I Twoje własne. Jak łatwo schować „dumę” do kieszeni, gdy toczy się gra o wszystko. Dlatego właśnie tak łatwo zapominamy, zaklejamy nasze mniejsze i większe porodowe rany kolorowym plasterkiem: „przecież dobrze się skończyło”. Nie chcemy do tego wracać. Bo to zbyt bolesne. Niepotrzebne. Ale od zapominania nic się nie zmieni.

Cieszę się, że kobiety w ten prosty sposób dają wyraz swojej niezgodzie na złe traktowanie na porodówkach. I nie mówię tu o błędach w sztuce, zaniedbaniach, które kończą się zgonem albo kalectwem. I które są przestępstwami. Mówię o szeroko pojętym „podejściu do pacjentki”.
Nie widzę powodu, dla którego my – płatniczki, podatniczki, konsumentki, klientki – możemy się słusznie domagać szacunku i porządnego wykonywania swojej pracy od wszystkich usługodawców świata z wyjątkiem lekarzy i położnych. I nie przyjmuję argumentu o kiepskich zarobkach albo zmęczeniu.

Mam swoją osobistą teorię, że w kraju, w którym filmy o lekarzach, nawet najlepszych, tytułuje się „Bogowie”, a źle pojęta solidarność zawodowa jest ponad WSZYSTKO, nie może być dobrze w tym względzie. Ale to tylko moja teoria.