Zacznę może od deklaracji, bo to chyba pora na takie deklaracje: tak, jestem feministką. Dla tych, którzy mnie czytają od jakiegoś czasu, nie jest to pewnie żadnym zaskoczeniem. Dla mnie samej, dojście do punktu, w którym z całą stanowczością mogę zidentyfikować się z tym „strasznym słowem na f”, było drogą długą i żmudną, poprzedzoną wieloma lekturami, przemyśleniami i rozmowami. Zwłaszcza w ostatnich miesiącach miałam okazję przyjrzeć się z trochę mniejszego dystansu działaniom polskiego ruchu kobiecego i z pełną świadomością jego ułomności, wewnętrznego rozdarcia i niemożności pogodzenia weń sprzecznych interesów, oznajmiam: jest mi do niego bliżej niż do jakiegokolwiek innego w tym kraju, bo o wiele bardziej niż jakikolwiek inny zajmuje się sprawami, które mnie dotyczą i obchodzą.

Szkoda, że prawdopodobnie większość osób obserwujących medialną burzę w szklance wody, która rozpętała się po publikacjach Wysokich Obcasów Ekstra pod zbiorczym tytułem Dlaczego nie lubimy feministek?, skwituje całą tę dyskusję lekceważącymi prychnięciami o kobiecym piekiełku i walce w kisielu. Been there. Wszak spór, a już zwłaszcza ostry i personalny, paniom nie przystoi, nieprawdaż? Wszak kobiety to sama łagodność, dobro i piękno. No już, dajcie sobie po buziaku, dziewczyny.

Dla mnie z potoku publikacji i polemik z odnośnym tekstem płynie jednak kilka interesujących wniosków i chyba jednak jakaś wiedza o ruchu, z którym się identyfikuję i któremu kibicuję:

1. Polski feminizm ma gębę. Gęba, jak wiadomo, się przykleja zasłaniając oblicze, a nawet oblicza.  Gęba polskiego feminizmu jest antypatyczna. Po części dlatego, że jest przeważnie zagniewana, ale nie tylko. Ja akurat jestem fanką gniewu. Uważam, że słuszny gniew jest dobry, twórczy i prowadzi do zmiany. A polskie kobiety mają miliony powodów do gniewu i za rzadko dają sobie prawo, by go okazywać. Tyle, że dodatkiem do tego słusznego skądinąd gniewu, zwłaszcza wśród tzw. Dyżurnych Feministek Telewizyjnych, jest grymas lekceważenia dla innych, faktycznie, często nie do pogodzenia, ale jednak istniejących równolegle i niemniej wpływowych racji i argumentów. Arogancja nie zjednuje sprzymierzeńców (o czym już kiedyś pisałam). A różnica między stanowczą niezgodą, bezkompromisową polemiką czy ostrym sporem, a jawnym okazywaniem pogardy dla adwersarzy naprawdę istnieje. I wcale nie jest taka cienka.

2. Polski feminizm głównego nurtu jest silnie antykościelny (nie tylko antyklerykalny) i nie ma sensu temu zaprzeczać, choć ciągle ktoś usiłuje. Ponieważ ruch, takim jakim go dziś znamy, rodził się wraz przemianami ustrojowymi w Polsce, gdy w sferze polityki obyczajowej, na fali transformacyjnego bogo-ojczyźnianego uniesienia, decydujący głos w kwestii praw reprodukcyjnych Polek uzyskali biskupi, nawet trudno się temu dziwić.  Ale jednocześnie nie można oczekiwać, że gros polskich kobiet, które mniej lub bardziej utożsamiają się ze wspólnotą czy wartościami Kościoła katolickiego okrzyknie się feministkami, bez żadnego ale. To jest bardzo duże i bardzo ważne „ale”. Dla mnie samej też. I nawet znane wszystkim grzechy kleru, czy wewnętrzne sprzeczności doktryny, nie zmieniają tego aż tak bardzo. Bo Kościół w Polsce to coś znacznie większego niż lubieżni księża czy chciwe zakonnice.

3. Jeśli stosunek do pełnej legalizacji i dostępności aborcji jest głównym, a nawet jedynym probierzem Prawdziwego Feminizmu, feministek ubywa.

4. Jeśli  probierzem feminizmu staje się forsowanie równości płacy za tę samą pracę, sprawiedliwego podziału obowiązków opiekuńczych i domowych i/lub dowartościowania pracy opiekuńczej i domowej, a także ochrony kobiet przed wyzyskiem i przemocą, czy równego ich udziału we władzy, feministek przybywa.

5. Widać co jest deal-breakerem? Dobra, wiem, żeto zbytnie uproszczenie, ale brałam udział w tak wielu dyskusjach, w których to przyznawano, że może warto jakoś nauczyć się z tym żyć?

6. Pożyteczne, wspólnotowe, solidarne i jednoczące działania organizacji kobiecych są nieznane szerokiej publiczności. Widać to na przykładzie bardzo nierzetelnego dziennikarsko, choć bardzo celnie oddającego stan (nie)wiedzy w populacji, tekstu Bank gniewu. Dlaczego wkurzają nas feministki?.
Dziewczyny w całej Polsce robią kawał dobrej roboty na rzecz potrzebujących kobiet (co pięknie wypunktowano w liście otwartym do redakcji miesięcznika WOE), ale mało kto o niej wie. Wielka szkoda. Bardzo to nie fair. Ale tak jest i tyle.

7. Wydaje mi się, że jeśli feminizm w Polsce ma przestać być niszą (czego sobie i wszystkim nam życzę), potrzebuje mniej ortodoksji a więcej otwartości, mniej wzajemnego utwierdzania się, a więcej dialogu z tymi, z którymi jest szansa się dogadać na zaskakująco wielu polach. I mniejszej centralizacji wokół Etatowych Feministek Telewizyjnych, na rzecz innych świetnych kobiet, które też nazywają siebie strasznym słowem na f, albo i nawet nie nazywają.
Jest ich w Polsce znacznie więcej niż się komukolwiek zdaje. I wcale nie muszą się we wszystkim ze sobą zgadzać.

 

 

Pin It on Pinterest

Share This