Zrzut ekranu Huff Post Women

Zrzut ekranu Huff Post Women

Strasznie to jest słabe, kiedy liberalne, feminizujące redakcje tak się podkładają. Huff Post Women, który na co dzień robi w mainstreamie raczej pożyteczną równościową robotę, opublikował właśnie kuriozalny tekst zatytułowany The New Trophy Wife, w którym dowodzi, że era bezmózgich pięknotek dobiegła końca. Nastała nam za to świetlana epoka kobiet silnych i wpływowych, wymiataczek w świecie nauki i biznesu, które mogą upolować na męża nawet Georga Clooneya mimo posiadania nosa wielkości klamki od zachrystii. Hurray equality!  Alleluja!

The term „trophy wife” has taken on a new, more upscale meaning. – czytamy- Men are finding the most attractive and sexually desirable women are not brainless beauties whose sole function is to look good and stay quiet, but women who are making good money and are in positions of power (See: Amal Clooney). The woman who got ahead on her looks by marrying a „sugar daddy” is now being replaced by the woman who is equal to her man in earning power and career position. That’s sexy.

Dalej jest tylko lepiej. Antropolog Dr. Stephen Juan wieszczy koniec ery „żon w roli trofeów” (jak lepiej przetłumaczyć trophy wife?), a początek epoki „power couples” (nie podejmuję się przekładu, zresztą wiecie, o co chodzi).

A really strong man wants a woman who is equal to him, that is the truth of it now. A weak man wants someone that is docile and a servant to him — it is a real sign of insecurity in a man to want a brainless trophy wife. Wives can be beautiful, intelligent and have careers and opinions just as strong as their partners. 

Do tego badania socjolożki Christine Whelan (Why Smart Men Marry Smart Women, 2006) dowodzą, że kobiety o wyższych dochodach mają większą szansę wyjść za mąż, niż te gorzej zarabiające, i to niekoniecznie za jakiegoś łowcę posagów czy innego trutnia (and they are marrying partners with equal high-income.)

Nic, tylko się cieszyć.

Jasne.

Po pierwsze, samo mówienie o „trophy wives” doskonale pokazuje, że zmieniają się tylko dekoracje. Wiadomo, kto tu zdobywa, kto jest zdobywany, kto jest podmiotem, a kto nie.  Kto ma inicjatywę, kto ostatnie słowo. Kto wybiera. A kto tylko aspiruje.

Po drugie, krew mnie zalewa, jak czytam o „brainless beauties”. Naprawdę, deprecjonowanie kobiet (i mężczyzn!) ze względu na urodę jest tak samo seksistowskie i obrzydliwe w obie strony. Przypisywanie urodziwym partnerkom bogatych dziadów bezmózgowia i pustoty jest nie tylko niesprawiedliwe i nieuprawnione. Jest też zwyczajnie nielogiczne. Ręka do góry komu udało się wkupić w łaski milionera nad grobem i zostać jedynym spadkobiercą. Szach mat, mizogini! 😉

Po trzecie wreszcie, warto by wspomnieć, że mózgu ani pozycji społecznej (z nielicznymi, naprawdę nielicznymi wyjątkami) się nie wybiera, podobnie jak kształtu nosa czy tyłka. I cała ta narracja, która ma dawać nadzieję „brzydkim kujonkom” na tryumf nad „cycatymi lalkami” w wyścigu o dobrego męża jest po prostu kolejną wersją tej samej szkodliwej bajki z księciem w roli głównej. Jeśli by nawet wyścig przeniósł się teraz sprzed luster do bibliotek (w co nie wierzę), to i tak efektem będą kolejne pokolenia sfrustrowanych dziewczyn i kobiet, które nie są dość „mądre, wpływowe i bogate”, tak jak dotąd nie były dość „piękne, zgrabne i seksowne”. Bo patrząc po sobie i koleżankach, oczekiwania co do jednego zestawu wcale nie zastąpią drugiego. Raczej do nich dołączą.

A więc nawet, jeśli prawdą jest, że właśnie nastała era samic alfa (z czym chyba mogę się zgodzić), to niestety tym gorzej dla wszystkich pozostałych.

 

 

 

 

 

 

Pin It on Pinterest

Share This