„Rolą Murzyna jest zbieranie bawełny”, „rolą naukowca zliczenie demonów na główce od szpilki”, a „rolą mężczyzny jest polowanie i kopulacja” to tylko wybrane, sarkastyczne rzecz jasna, propozycje tez do kolejnych debat oksfordzkich. Pochodzą od osób zaniepokojonych faktem, że 23 kwietnia br. na Uniwersytecie Warszawskim od egidą British Council i kilku innych szacownych instytucji odbędzie się debata oksfordzka nad tezą: „Rolą kobiety jest prowadzenie domu”. Udział wezmą studenci Uniwersytetu, absolwenci Szkoły Liderów a także znane publicystki i aktywistki Małgorzata Terlikowska (za) oraz Anna Dryjańska (przeciw).

13010703_10154023258818257_2195532797378622009_n

Debata oksfordzka, jak wiadomo, ma wpajać i kształtować dobre obyczaje dialektyczne oraz kulturę dyskusji. Zasady debaty są ściśle określone, obowiązują sztywne formuły zwracania się do adwersarza oraz jury, ograniczenia czasowe, zakaz używania argumentów ad personam itd. Obrona (bądź próba zbicia) tezy może też odbywać się bez związku z osobistymi przekonaniami, wszak chodzi o samą sztukę spierania się, szermierkę intelektualną i werbalną, a nie o to, co kto myśli, czy – o zgrozo – jaka jest prawda.
Godne to i sprawiedliwe. Piękne&pożyteczne, zwłaszcza w naszym kraju, w którym debaty, dyskusje i polemiki publiczne zostały ostatnio niemal bez wyjątku wyparte przez pyskówki, hejt i zapasy w makaronie.  A więc w czym problem, drodzy państwo, i skąd wasz kolejny (i mój) ból tyłka?

Ano, dokładnie stąd, skąd pochodzą nerwowe uśmieszki i postukiwania w czoło na myśl o tym, że na prestiżowym (bądź co bądź) uniwersytecie w środku Europy grupka młodych, pełnych zapału i dobrych chęci studentów i studentek miałaby debatować (dla sportu rzecz jasna, szlachetnej rywalizacji i ćwiczenia się w trudnej sztuce prowadzenia sporu) nad tym, czy „rolą Murzyna jest praca fizyczna na rzecz Białego Człowieka” albo „rolą Żydów było zginąć w Holocauście”. Oczywiście to nie to samo. Zupełnie co innego. Wszak wszelkie rasistowskie/antysemickie tezy, hipotezy czy choćby luźne uwagi w dowolnej konwencji: wykładu, tematu seminarium, czy rysunku satyrycznego w gazetce studenckiej, wyleciałyby na siarczystych kopach poza mury każdego szanującego się uniwersytetu. Bez dyskusji.

Dlaczego? Ano dlatego właśnie, że dyskutowanie tak postawionej tezy w formule, w której argumenty obu stron są traktowane równoważnie, UPRAWOMOCNIA całą dyskusję na ten temat, nadaje jej znaczenie, sens i powagę. Sprawia, że zwolennicy poglądów, które słusznie od (nie tak znów) dawna znajdują się na marginesie debaty publicznej dostają oręż w postaci argumentu: „ja bardzo przepraszam, ale pomysł, że ludzie są równi bez względu na rasę czy płeć, mogą decydować o swoim życiu zgodnie ze swą WOLĄ, a nie przyrodzoną z natury ROLĄ, to jest tylko twój pogląd, z którym ja, nie muszę się zgadzać. Można być za, można być przeciw. Mamy wszak wolność słowa i przekonań. I ja mam argumenty”.

Dlatego cieszy mnie, że jednym za najczęściej pojawiających się komentarzy do zapowiedzi ww. debaty jest wklejanie tego oto, nieśmiertelnego skeczu. Bo, myślę, każdy, kto go obejrzy, bez trudu zrozumie co jest z nią nie tak.

„Tętno pulsu. Refleks. Publicystyka na gorąco. Kamery na żywo”.

Parę lat temu, na zajęciach z retoryki i erystyki u profesora Bralczyka (na UW, nota bene), nauczyłam się na zawsze, że większość dyskusji jest rozstrzygnięta na długo zanim adwersarze staną twarzą w twarz. I że cała sztuka, to mieć jak największy wpływ na to, O CZYM, tak naprawdę dyskutujemy, Z KIM, oraz GDZIE (nie bez kozery sztaby chcą decydować o każdym, najdrobniejszym nawet szczególe przedwyborczych debat, znać pytania, prowadzących, etc.).

Mało które miejsce dyskusji jest zupełnie neutralne – a debata na uniwersytecie (nawet jeśli dyskutują dokładnie te same osoby, na ten sam temat i przed jednakową publicznością), jest czymś gatunkowo różnym od takiej dyskusji w klubokawiarni czy w studiu tv. Że to, czy Twoim adwersarzem jest lider czy pionek przeciwnej frakcji oraz czy dyskutujesz „o prawie kobiet do usunięcia niechcianej ciąży”, czy o „ochronie życia poczętego” i czy dyskutują sami mężczyźni/kobiety ustawia cały spór i może sprawić, że przegrywasz w tej wojnie, nawet jeśli Ci się zdaje, że wygraną bitwę masz w kieszeni, bo Prawda i Słuszność są po twojej stronie. Właśnie dlatego, że zgodziłeś się wziąć udział w bitwie na polu i według zasad przeciwnika.

Dziwi mnie więc, że zaproszenie do debaty przyjęła lubiana i szanowana przeze mnie aktywistka feministyczna Anna Dryjańska. Wiem, że Anna dba o to, żeby seksizm w debacie publicznej stała się tak samo niedopuszczalny i piętnowany, jak rasizm czy (marginalne do niedawna) poglądy Janusza Korwin-Mikkego na temat osób niepełnosprawnych.
Btw, ten ostatni przykład pokazuje jak na dłoni, że dopuszczanie do debaty na równych prawach poglądów dotąd słusznie bojkotowanych czy ignorowanych jako skrajne głupie i szkodliwe, jest niczym więcej niż otwieraniem puszki Pandory. Dotkliwie przekonał się o tym ostatnio znany działacz na rzecz osób niepełnosprawnych, prezes organizacji Integracja Piotr Pawłowski, który zaprosił europosła do dyskusji, by skonfrontować nieskrywaną pogardę JKM dla niepełnosprawnych oraz liczne skandaliczne pomysły na to, jak się z nimi obchodzić, ze swoimi  argumentami i doświadczeniami. Efekt?  Usłyszał m.in., że „celowo wprowadza się debilów, idiotów, kretynów do klas, żeby obniżyć poziom nauczania” oraz, że debil/kretyn/imbecyl to są normalne, techniczne określenia. „Mogę mówić <człowiek o inteligencji 86-90>, ale krócej, sprawniej i bardziej obrazowo mówi się imbecyl, także proszę o tolerancję” – argumentował Korwin-Mikke.

Nie wiem, czy o taką tolerancję nam chodzi. I o taką debatę.

 

 

 

 

 

Pin It on Pinterest

Share This