Ktoś bliski powiedział mi kiedyś, że w ogóle, nigdy nie powinnam zostać matką. I ja naprawdę, przez moją chorobę, zawsze czuję się złą matką.
O macierzyństwie w chorobie psychicznej rozmawiam z Aleksandrą, autorką bloga ROZSTROJONA. 

 

BM: Zacznijmy od tego, że sama się do mnie zwróciłaś z propozycją tematu: macierzyństwo a choroba psychiczna. Dlaczego?

 

R: Jest to temat bardzo osobisty i niezwykle ważny dla mnie. Od lat żyję z CHAD, chorobą afektywną dwubiegunową. Paradoksalnie chcę wreszcie o tym mówić publicznie dlatego, że najbardziej boję i wstydzę się właśnie… mówić o tym publicznie. Ktoś bliski powiedział mi kiedyś, że w ogóle, nigdy nie powinnam zostać matką. I ja naprawdę, przez moją chorobę, zawsze czuje się złą matką. Wydaje mi się, że dopiero, gdy obnażę tę swoją „najgorszość”, epicentrum najdotkliwszego dla mnie lęku i wstydu, zyskam szansę na upragnioną „normalność”, na autentyczność. To taki trochę „efekt Małgorzaty Halber”. Jej „Najgorszy człowiek na świecie” stał się moją biblią.

 

Czujesz się najgorszą matką na świecie?

 

Zdecydowanie tak. Czuję się tak nieprzerwanie, odkąd 5 lat temu zdiagnozowano u mnie CHAD i rozpoczęłam świadome życie z tą chorobą. Od tamtej pory nie mogę odkleić się od swojego świata, żyję jakby zamknięta w złotej klatce. Z jednej strony czuję się przeszczęśliwa, gdy mogę robić to, co sprawia mi największą radość, czyli pisać. Teraz też uczę się fryzjerstwa od podstaw i mam z tego dużo frajdy. Z drugiej strony cierpię, bo właśnie wtedy staje się mentalnie niedostępna dla tych, którzy najbardziej mnie potrzebują, moich dwóch synów i męża. Trochę jak Sylvia Plath, która dotknięta tą samą chorobą, pisała w swoich pamiętnikach, gdy jeszcze nie była matką:

„Nadzieja, kariera – pisanie pochłania cały mój czas. Nie chcę iść do pracy, zanim będę z pisania zadowolona – ale jednocześnie czuję, że muszę mieć jakąś pracę – by wypełnić się zewnętrzną rzeczywistością – w której ludzie uważają rachunki telefoniczne, przygotowywanie posiłków, dzieci, małżeństwa za część celowości wszechświata. Bezcelowa kobieta marzy o splendorach. Moje jedyne marzenie: robić to, co sprawia mi przyjemność. Nie mogę w żaden sposób zwierzać się matce – jest źródłem depresyjnych myśli – ostrzega mnie przed tym, jak mogę skończyć”.

 

Ty też masz trudną relację z mamą?

 

Toksyczną. Jak wiele osób z CHAD. I to, oprócz chorobliwego egocentryzmu, jest mój największy problem. Psychiczne uzależnienie od rodzica nie jest, co prawda, źródłem choroby afektywnej, ale bardzo często drastycznie zaostrza jej przebieg. Tak właśnie jest w moim przypadku. Jestem tak dalece skupiona na relacji z moją mamą, psychicznie uzależniona od niej i jej niezdrowych pragnień, że jedynym celem mojego mikroświata, stało się uwolnienie z pęt tej ogromnej, autodestrukcyjnej siły. Dlatego uciekam. Najdalej jak to możliwe, czyli w głąb samej siebie. I oddalam się od moich bliskich. Wiem o tym bardzo dobrze, a jednocześnie to robię. Kolejny paradoks – doskonale rozumiem, co się ze mną dzieje, ale tracę wpływ na swoje zachowania, nie jestem w stanie kontrolować swojego życia.

 

Tymczasem, od ciebie jako matki oczekuje się, żebyś miała kontrolę i wpływ jeszcze na życie swoich dzieci.

 

A ja jestem mamą, której wiecznie nie ma, która znika i nie potrafi, a nawet nie chce być inną, bo mój świat wewnętrzny ratuje mnie przed tym realnym. W realnym całkowicie tracę poczucie własnej wartości, marzę o tym, żeby zniknąć. Tak jak Sylvia Plath. Boję się tego.

 

Myśli samobójczych?

 

Tak… Choć nie lubię o tym mówić. Burzę się, gdy próby samobójcze traktuje się jako akt największego tchórzostwa, skrajnego egoizmu albo apogeum obłędu czy zamach na Pana Boga. To zupełnie nie tak. Z perspektywy własnych doświadczeń mogę powiedzieć, że to nie jest żaden spektakl jednego aktora, na który główny zainteresowany wyprzedał wszystkie bilety i z wypiekami czeka na reakcję publiczności.

To raczej rozgrywający się w ukryciu dramat człowieka, którego jedynym pragnieniem stało się: nie czuć, przestać cierpieć.

Parę sekund zatopienia w totalności własnego przewrażliwienia. I to one decydują o tym, czy „jutro” będzie twoim losem wygranym na loterii.

 

Opowiedz więcej o swojej chorobie. Jak się objawia?

 

Choroba afektywna dwubiegunowa, to najdelikatniej rzecz ujmując, zaburzenia nastroju. Niedelikatnie i bliżej prawdy – psychoza maniakalno-depresyjna. Polega na naprzemiennym występowaniu lub współwystępowaniu faz depresji (mniej lub bardziej głębokiej) oraz stanów hipomanii („pod-manii”) i manii, euforii.
Objawy depresji są dziś dość powszechnie znane. Dzięki rozmaitym kampaniom, wiedza na temat depresji jest obecnie nieporównywalnie większa, niż jeszcze kilka lat temu. Opowiem więc może o drugim biegunie.

Hipomania jest fazą sukcesywnie podnoszącego się nastroju, który – nie leczony farmakologicznie – przeradza się w ostrą manię, psychozę, stanowiącą zagrożenie dla zdrowia i życia zarówno chorego, jak i otoczenia.

Istnieje spektrum objawów i tzw. zachowań ryzykownych, które w sposób jednoznaczny dają się zakwalifikować jako stan hipo- bądź już maniakalny: bezsenność, „męczliwość” układu nerwowego, gonitwa myśli, tzw. „iskrzenie na synapsach”, kompulsywne telefonowanie, odnawianie starych kontaktów, bezlękowość, silne pobudzenie seksualne, nadpobudliwość ruchowa, agresja fizyczna, drażliwość, eskalacja złych emocji względem rodziny, megalomania. Mania objawia się też w postaci specyficznej, przebogatej, wręcz magicznej percepcji świata, w niezwykłym poczuciu wszechogarniającej celowości wszystkiego. Mówi się, że o ile w depresji najbardziej cierpi sam chory, o tyle w manii cierpienie w największym stopniu dotyka najbliższych chorego. Co więcej, w manii chory zaczyna mieć przeświadczenie o swoim wyzdrowieniu. Ponieważ najgorsze – czyli depresja – przeszło jak ręką odjął, pojawia się myślenie: jestem już zdrowa, lekarze się pomylili, nie muszę zażywać już leków, leki, tak naprawdę, są trucizną. Niestety ich gwałtownie odstawienie każdorazowo kończy się tragicznie – powoduje nawrót tym dotkliwszej depresji, im ostrzejsza była psychoza. Błędne koło się zamyka.

 

Emocjonalny rollercoaster 24/7 to już i tak wiele jak na jednego człowieka, a tu jeszcze dwóch małych ludzi i jeden duży potrzebują mamy i partnerki. Jej obecności i wsparcia.  

 

I tutaj zaczynają się schody. Długie, strome i kręte, z których niejednokrotnie spadają też ci, którzy żyją z osobami chorymi na zaburzenia afektywne. I właśnie moją rodzinę to spotyka. Jest mocno poturbowana. Przeze mnie. Tak czuję. Ja mam przysłowiowy obłęd w oczach i sznyty w poprzek żył, a oni, którzy kochają mnie ponad wszystko, są jak ofiary przemocy psycho-fizycznej. Brzmi strasznie, wiem. Ale właśnie tak, z perspektywy swoich domowników, postrzegam życie ze mną. Najgorzej na świecie.

 

Może jesteś dla siebie zbyt surowa? Ty też ich przecież kochasz, z myślą o nich się leczysz.

 

Jestem mamą, która kocha wewnętrznie, a na zewnątrz okazuje chorą, toksyczną miłość. Nie inną niż sama doświadczyłam i doświadczam wciąż jako córka. Jestem neurotyczna, szalenie labilna. Na zmianę krzyczę i przytulam. W surowej formie chcę egzekwować posłuszeństwo od moich chłopców, a jednocześnie notorycznie jestem niekonsekwentna. Często doprowadzam ich do płaczu swoją wybuchowością, po czym spanikowana, że to przeze mnie tak reagują, w natychmiastowym odruchu szukam z nimi bliskości. Popaprane. Nie radząc sobie z własnymi emocjami, nie radzę sobie jako matka. Po prostu.

Właśnie z poczucia własnej beznadziejności jako matki, które nasiliło się u mnie przeszło 2 lata temu i zbiegło w czasie z pierwszym pobytem w szpitalu, kompletnie przestałam czerpać radość z macierzyństwa. I z tym brakiem jest mi chyba najsmutniej.

Chociaż moje dzieci mówią mi, że jestem dobrą mamą. Bo gotuje pyszne obiadki, jestem „miękka rura” i na wszystko im pozwalam, dużo przytulam. Dziecięce gadanie. Ciekawe, co powiedzą za 20 lat.

 

Może to samo. Pamięta się głównie to dobre.

 

Moim marzeniem jest wybudować most – solidny, stabilny most pomiędzy moim mikroświatem a rzeczywistością zewnętrzną. Wyobrażam sobie, że stoję na nim i trzymam się za ręce z moimi bliskimi – mężem i dziećmi. Chcę wierzyć, że to się uda. Mam ogromną nadzieję.

 

Co robisz, żeby ten most zbudować?

 

Jestem teraz w intensywnej, codziennej terapii grupowej na oddziale dziennym kobierzyńskiego szpitala psychiatrycznego. Tak, tego szpitala, osławionego w żartach jako przybytek dla „wariatów”. Kompletnie mnie już one nie bawią. I to nie dlatego, że do reszty zatraciłam dystans do siebie. Po prostu uważam, że to jest miejsce rzetelnej pomocy w remisji choroby. Tam uratowano mi życie.
Do tej pory, przez lata, korzystałam z pomocy wyłącznie psychoterapii indywidualnej w połączeniu z farmakoterapią. Skuteczność tej ostatniej, przynajmniej w moim przypadku, okazała się niewystarczająca. Leki odgrywają ważną rolę w zapobieganiu nawrotom choroby afektywnej w jej skrajnych przejawach, jednak kluczowe dla uzyskania stabilności emocjonalnej i odkrycia własnego potencjału na rozmaitych polach, jest właśnie psychoterapia. W takiej czy innej formie. Każdy musi trafić na swoją. Ja chyba wreszcie trafiłam.

 

Na jaką pomoc/wsparcie możesz liczyć Ty i inne osoby zmagające się z chorobą dwubiegunową?

 

Zanim ci odpowiem, muszę podkreślić, że z chorobą dwubiegunową jest jak z nałogiem alkoholowym. Dlatego tak bliska mojemu odczuwaniu jest emocjonalność Krystyny z „Najgorszego człowieka na świecie”. „Dwubiegunówka” to swego rodzaju uzależnienie. Od manii – stanu świadomości, w którym nie czujesz ściskającego cię za gardło strachu, lęku, wstydu, poczucia własnej „najgorszości”, jakie dopadają cię w fazie depresji, czyli do bólu „trzeźwego smutku”. Ale to pragnienie ekstazy, absolutnego wyzwolenia z wszelkich negatywnych przeżyć, którego chory doświadcza w manii, może zaprowadzić go na samo dno dokładnie tak, jak alkoholowy cug.

 

I też nie sposób rozpocząć skutecznej terapii, jeśli chory sam nie jest wystarczająco zmotywowany?

 

Dokładnie. Punktem wyjścia dla wsparcia, na jakie można liczyć w sytuacji zachorowania na każdą z tych chorób, jesteś TY SAM. Jeżeli ty pierwszy nie otworzysz się na swój problem, nie zaakceptujesz go w sobie, nie rozpoczniesz życia w zgodzie z nim, wszelkie próby pomocy z zewnątrz – czy to ze strony twoich najbliższych, czy fachowej, terapeutycznej – spełzną na niczym.

 

Masz takie wsparcie?

 

Tak, jest przy mnie mąż. Już blisko dziesięć lat znosi moje nawracające wzloty i upadki. Trwa przy mnie, pomimo że jego zdrowie, skutkiem mojej choroby, również mocno ucierpiało. Sam także korzysta ze wsparcia psychoterapeuty. Po pierwsze, żeby samemu przetrwać, a po drugie „pierwsze”, żeby lepiej zrozumieć moją psychikę i dotrzeć do mnie.

 

Co jest potrzebne, aby w miarę „normalnie” funkcjonować w rodzinie i społeczeństwie?

 

Na to pytanie, póki co, mogę odpowiedzieć jedynie na wyrost, bo wciąż jestem w drodze po swoją „normalność”. W moim domu, w rodzinie, którą założyłam, najbardziej brakuje mi spokoju. Sądzę, że to efekt działania mojej podświadomości, która, pomimo wszystko, wypiera chorobę. Jak się wyraził mój terapeuta – moje życie to nieustająca „gra w OK”, która w finale prowadzi mnie na skraj wytrzymałości. Dopiero gdy w końcu padnę, jestem w stanie dopuścić do siebie głos rozsądku, który mówi, że jednak NIE JEST WSZYSTKO OK. Dlatego na nowej terapii poszukuję wewnętrznego ładu, zgody na siebie, na swój defekt w postaci choroby oraz wiary we własną samodzielność, samowystarczalność w zetknięciu z trudnymi emocjami i doświadczeniami.

 

I z innymi ludźmi? Jak oni reagują na Ciebie i objawy Twojej choroby?

 

Dla większości tych, którzy wiedzą o mojej chorobie, jestem co najmniej podejrzana i budzę lęk, jaki może wywoływać pospolity wariat. Dla pozostałych, niewtajemniczonych jestem godnym politowania nadwrażliwcem, słabeuszem, cierpiętnicą, egocentryczką. Krótko mówiąc – zwykle czuję się wyrzutkiem. Dlatego właśnie zdecydowałam się na tę rozmowę z Tobą. Bo chciałabym, żeby jak najwięcej osób zrozumiało, że są tacy ludzie jak ja i jest nas wielu.

Odczuwamy, widzimy inaczej, a przede wszystkim wszystko czujemy dużo „bardziej”.

Ale w dalszym ciągu pozostajemy ludźmi takim, jak wy, choć nam trudniej. I rzadko umiemy przekonująco wyjaśnić dlaczego.

 

Wiesław Myśliwski pisał: „Nie staraj się tak za wszelką cenę być silny. Siła odgradza nas od innych ludzi”

 

I ja nie zamierzam się odgradzać. Już nie chcę.

Więcej od Oli i o Oli na rozstrojona.blogspot.com 

Pin It on Pinterest

Share This