W dyskusji na temat powrotu kobiet na rynek pracy po urodzeniu dziecka pogląd, że nie warto ich zatrudniać, bo są mniej dyspozycyjne i zmotywowane oraz częściej biorą zwolnienia, powoli zaczyna być wypierany przez ten, że jednak opłaca się dać im szansę, bo nikt nie jest tak zmotywowany i tak świetnie nie organizuje sobie pracy, jak właśnie młoda matka. Należałoby zakwiczeć z radości i nic tylko czekać na nastanie złotej ery równości na rynku pracy, w której żadna kobieta nie będzie drżała o posadę nieprzerwanie od momentu, gdy poważy się choćby pomyśleć o ciąży. Problem w tym, że ta era prędko nie nastanie. I to właśnie dzięki tym samym argumentom.

Katalog dowodów na potwierdzenie tezy o nadzwyczajnej wydajności pracownic-matek zaprezentował Jarek Guc, spec od „antyzarządzania” w swoim tekście  Dlaczego wolę zatrudniać młode mamy. Jakkolwiek doceniam dobre chęci autora i wierzę, że do niektórych tylko taki sposób argumentacji może trafić, jestem przekonana, że oddaje on matkom niedźwiedzią przysługę. A ponieważ skierowany jest, jak sądzę, głównie do zatrudniających i zarządzających, jego szkodliwość wydaje mi się tym większa.

Zaczyna autor od skądinąd słusznego poglądu, że „nikt nie jest tak zorganizowany i zaangażowany w pracę jak młode mamy. Po prostu nie mają innego wyjścia. Macierzyństwo uczy kobiety tego, czego mężczyźni muszą się uczyć na kursach samoorganizacji i zarządzania czasem (…) Harmonogramowanie, priorytetyzację, rozwiązywanie sytuacji kryzysowych ćwiczą na swoim drugim, maminym etacie i są przygotowane do radzenia sobie z nimi lepiej, niż ktokolwiek inny„. Naturalnie, mężczyźni uczą się tego samego już od pierwszych dni bycia ojcem, tzn. niektórzy mężczyźni, ci którzy ojcostwa nie traktują tylko jako niedzielnego hobby, ale tego nasz specjalista od zarządzania niestety nie bierze pod uwagę. Nawet szczególnie nie mam mu za złe, bo jak widać „antyzarządzanie”, podobnie jak zarządzanie, nie przyjmuje do wiadomości faktu, że pracownicy obojga płci miewają dzieci oraz związane z tym obowiązki, ograniczenia czy dodatkowe kompetencje.

Dalej autor, też nie bez racji przekonuje, że matki, którym łaskawie pozwolono podjąć zatrudnienie „Doceniają jak nikt inny, jeśli wykażesz jako pracodawca czy przełożony zrozumienie dla ich poza-firmowych obowiązków, pozwolisz im kształtować mniej schematycznie czas pracy i zrozumiesz, że nadgodziny są bez sensu dla nich (i dla wszystkich innych pracowników, też). Jeśli to rozumiesz i grasz czysto, zdobywasz niekwestionowaną i nieerodującą wdzięczność”.

Właściwie najsmutniejsze w tym wszystkim jest właśnie to, że autor bardzo celnie nazywa emocje towarzyszące kobiecie, która wskutek nadzwyczajnej szczodrobliwości pracodawcy może (nadal) pracować POMIMO swego (i tylko swego, prawda?) rodzicielstwa.

Dalej (i wcześniej) jest w tekście kilka klisz dotyczących „typowych” zachowań mężczyzn i kobiet w organizacjach (emocjonalność vs. zdecydowanie, rywalizacja kontra współpraca), które są tyleż stereotypowe, co… STEREOTYPOWE i niespecjalnie cokolwiek wnoszą do interesującego nas tematu, ale warto je odnotować choćby z tego powodu, że umacniają oczekiwania co do ról przyjmowanych przez przedstawiciel(k)i obu płci, a w konsekwencji i decyzje HR-owe. Niestety autor nie wziął pod uwagę, że owe zachowania mogą nie być wcale emanacją przyrodzonych kobiecych właściwości i wyrównywania cykli menstruacyjnych (sic!), a jedynie konsekwencją klimatu w miejscu zatrudnienia i pozycji w społeczeństwie w ogóle (czyli właśnie oczekiwań, ról, miejsca w hierarchii, etc.).

Niestety, o żadnym work-life balance nie może być mowy, a praca będzie dla matek wiecznym i niewyczerpanym źródłem rozdarcia i frustracji, dopóki tylko one będą postrzegane przez pracodawców i speców od zarządzania i HRu z uwzględnieniem ograniczeń (i tak, owszem, także dodatkowych kompetencji) związanych z rodzicielstwem.  Dopóki posiadanie dzieci będzie na rynku pracy wyłącznie kobiecym handicapem. Dopóki oczekiwanie co do pracy na „dwóch etatach” będzie kierowane jedynie pod adresem matek.

Z perspektywy mojego związku (być może u Was jest podobnie 😉 wygląda to tak, że kiedy dziecko choruje/nie ma go z kim zostawić/trzeba je gdzieś zawieźć, czy w ogóle jakoś się nim zająć, to nie jest TYLKO MÓJ PROBLEM. Uwzględnienie posiadania dziecka w harmonogramie dnia/planach wakacyjnych/decyzjach finansowych czy zawodowych dotyczy tak mnie, jak i mojego męża. Nie mogę pojąć, dlaczego ramy wyznaczane przez pracodawców zupełnie nie biorą tego oczywistego dla każdego rodzica faktu pod uwagę.

I dlaczego to ja mam czuć WDZIĘCZNOŚĆ za to, że umożliwi mi się pracę odpowiadającą moim kompetencjom i kwalifikacjom, a mój mąż – ojciec tego samego dziecka – już wdzięczności  czuć nie musi? Choć to akurat on częściej jeździ z dzieckiem do lekarza.

PS: Pisałam ja, Boska Matka, z tytułem Executive MBA w papierach. Żeby nie było, że nie znam życia w Mordorze.

Pin It on Pinterest

Share This