Na takie filmy nie można chodzić samemu. A zwłaszcza samej. A ja poszłam.
Takie filmy są po to, żeby się śmiertelnie wystraszyć. Żeby wyjść spoconym i bladym z przerażenia jakiego nie uświadczysz po żadnym, nawet najbardziej hiszpańskim horrorze. I żeby poryczeć się w kiblu. I od razu, z tego kibla dzwoniąc, umówić się na wszystkie rutynowe badania. A najpierw zadzwonić do tych, których się najbardziej kocha i im nic nie powiedzieć. Tylko, że się było w kinie. Bo nie było katharsis.

To jest film na kanwie prawdziwej historii założycielki fundacji Rak’n’Roll Magdy Prokopowicz i jej męża Bartka, który „Chemię” wyreżyserował. Na kanwie ponoć, nie toczka w toczkę, ale mnie tam, w sumie, wszystko jedno.
Piszą wszędzie, że to film o miłości silniejszej niż śmierć i to prawda. Nie piszą, że też o chorobie silniejszej niż miłość.
Czasami. Na szczęście, tylko czasami. Gdzieniegdzie piszą, że to film-szantaż emocjonalny. No raczej.

Jest w tym filmie wszystko co lubię i czego nie lubię w nie-polskim kinie. Dzieje się. Bez przerwy. Mryga. Mieni się i błyska. Są scenografie jak z reklamy butów do biegania i kostiumy jak z targów slow fashion. Daleko poza granicami kiczu. Bohaterowie mówią do siebie tak zajebistymi grepsami, że na początku im w ogóle nie wierzysz. Za piękni są i namiętni, zbyt bardzo sarkastyczni w każdym zdaniu, zbyt (fry)wolni i zachłyśnięci Prawdziwą Wolnością jak z islandzkiego teledysku indie. I tacy artyści. Z przebogatym życiem wewnętrznym w wysokiej kamienicy po tacie.
A ona to już w ogóle.
Magnetyczny głos, atomowa charyzma, przenikliwe do szpiku spojrzenie, doskonała uroda Królowej Lodu. On tylko lekki fajtłapa.

I ja naprawdę zwykle wolę te smutne polskie filmy, w których nic się nie dzieje, z brzydkimi aktorami i zawsze złym dźwiękiem. Po których chcę się zadzierzgnąć, bo Warszawa nie wygląda jak Berlin i kobiety mają ciała Kingi Preis sprzed metamorfozy, a w bliskich kadrach widać tylko rozszerzone pory Arkadiusza Jakubika. Ich wartość artystyczną oceniam wysoko.
Wolę je też dlatego, że one zwykle nie mogłyby być o mnie. A ten mógłby.

Poniekąd.
Bardzo.

* tytuł wpisu zaczerpnięty z wywiadu Moniki Jaruzelskiej z reżyserem „Chemii” Bartkiem Prokopowiczem, który można obejrzeć tutaj

Pin It on Pinterest

Share This