Disneyowsko-pixarowska kreskówka „W głowie się nie mieści” (2015) jest śliczna, dowcipna i mądra. Z naciskiem na mądra.

Mądra, bo pokazuje, że wszystkie emocje są spoko. Że smutek jest spoko. I gniew. I odraza. I strach. Ale zwłaszcza smutek. Bo gniew, strach i odraza to wiadomo – atawistyczne, pradawne, ochronne – walcz albo uciekaj. To ma sens. Tylko ten smutek bez sensu. Zwłaszcza u dziecka.

Przepięknie spersonifikowana, okularnica w wielkim wełnianym golfie – Smutek – jest jak klasowa fajtłapa-grubaska: spychana na margines, wyobcowana, nierozumiana. Zatruwa dzieciństwo, kazi radosne wspomnienia, nikt jej tu nie chce. Tymczasem… Nie będę spojlować.

Okazuje się też, że wykorzystany w filmie „W głowie się nie mieści” archaiczny patent z małymi ludzikami i kolorowymi kulkami stojącymi za tym, czego nie rozumiemy, nadal najlepiej objaśnia nieznane. Kupuję taką metaforę umysłu. Lepszej nadal nie mamy. Zwłaszcza, że całkiem mi się zgadza z tym, czego mnie uczyli na neurobiologii, a jak piszą Amerykańscy Naukowcy – świetnie obrazuje to, co aktualnie wiemy o mózgu. No i nikt dotąd mi lepiej nie pokazał, jak przebiega emocjonalny chaos, uczuciowe pomieszanie z poplątaniem, klasyczny mindfuck. I jak działa mózg kota 😉

No i rodzice. Bardzo fajni rodzice. Którzy kochają i się troszczą, chociaż też im się we łbach gotuje. Ale w końcu i oni potrafią o emocjach mówić. I o tym, że sobie nie radzą. Z nimi. I z całą resztą.

Fajnie, żeby tak nie tylko w filmie…

 

 

 

Pin It on Pinterest

Share This