Od niedawna Mikroba strzygę sama. Dawniej zdarzyło nam się pójść ze trzy razy do prawdziwego fryzjera, a nawet fryzjerki. Była szybkoręka pani Basia z kolorową peleryną i „podejściem do dzieci”. NIe za dobrze jej szło obłaskawianie bestii, choć dwoiła się i troiła. Dużo lepiej szło YouTube’owi. Raz nawet podrzuciliśmy Pani Basi zabawkę do fartucha, że niby ma nagrodę dla dzielnego pacjenta, ale pacjent jakoś nie wytworzył połączeń między fryzjerem a nagrodą. I biesił się niezmiennie.
Raz strzygł jakiś bezimienny metroseksualny chłopczyna, który w 10 minut załatwiał sprawę, bez zbędnych ceregieli, co Mikrob nagradzał swą łaskawością. Bardzo mi się podobało „podejście do dzieci” tego pana. Czyli brak podejścia.
Aż w końcu któregoś razu pacjent odstawił taką dramę, że grzecznie przeprosiłam personel i gości zakładu i udałam się do rosmana celem nabycia nożyczek fryzjerskich. Które nabyłam.

Z początku szło mi tak świetnie, jak pani Basi. A do tego nie zwilżyłam włosów i po trzech minutach oblepiały mnie setki miękkich igieł, co, jak wszyscy wiedzą, jest torturą aż nazbyt wyrafinowaną. Oczywiście nie ja jedna cierpiałam, więc obcięcie każdego jednego kosmyka musiało być sowicie opłacone m’n’msowycm bakszyszem. Do tego dość późno wpadłam, że magiczna technika równego cięcia nie polega wcale na cięciu wzdłuż grzebienia. Za pierwszym razem obcięłam więc Mikroba krzywo, choć akceptowalnie. Do tego w wannie, więc cały był zielony od tych m’n’msów. Zdjęcia nie ma. A nawet gdybym miała, bym nie pokazała.

Powoli dochodzę do wprawy a Mikrob do zrozumienia, że strzyżenie to jedna z tych życiowych przykrości, których nie szczędzi się nawet dzieciom z dobrych rodzin. Z początku poddaje się nawet chętnie, po dłuższej chwili zaczyna jęczeć, że go boli. „Włosy nie bolą, syneczku” –  mówię z przekonaniem. „Mnie bolą” – odpowiada równie przekonany i coraz bardziej mi ucieka spod nożyczek. „Boli! Boli!” – woła zrozpaczony. A ja w przeświadczeniu, że to tylko kolejne dziecięce szachrajstwo, żeby się wyłgać od siedzenia spokojnie w jednym miejscu, jadę dalej tym czołgiem, aż skończę.

A co jeśli go naprawdę boli? Jeśli wraz z włosami zabieram mu jakieś tajemne moce? Co ja wiem, o bólu 3-latka? I o tym, co się dzieje w jego głowie?
Ze mnie, ale nie mojej już wcale?
Nic a nic.

 

 

 

Pin It on Pinterest

Share This