Jedziemy pociągiem. W przedziale dla matki z dzieckiem. Ja i Mikrob. Do wagonu wsiedliśmy drugimi drzwiami, bo pierwsze zatarasowała dwójka ludzi w średnim wieku z trudem wpychająca po schodach mocno otyłą, całą na różowo trisomkę. Dorosłą. Pewnie w moim wieku.

Lądujemy w tym samym przedziale. Cztery miejsca. Walizka się nie mieści. Nogi się nie mieszczą. One są z psem. Siwiuteńkim gapowatym jamnikiem, który całą drogę będzie mnie lizał po stopach.

Córka jest naprawdę duża, nieporadna. Ma bardzo krzywe zęby, język nie mieszczący się w ustach, kiepską cerę i fryzurę „spod rondla”. Szybko orientuję się, że jest też niewidoma. Streczowy dresik w kolorze fuksji wpija jej się w pachy, w pachwiny. O wszystko pyta, przeuprzejmie, cała w zdrobnieniach. Czy może zdjąć buciki, poprosi rybkę do zabawy, kanapeczkę. Czy chłopczyk duży? Czy może tu położyć nogi? Jakie ma skarpetki? Czy są światła na Centralnym. Pamięta te światła. Czy ja kocham tego chłopczyka? Czy się pokłóciłam z mężem (no bo jadę sama, logiczne, nie?)? Raz po raz śmieje się do siebie chrapliwie, drapie między nogami, ale jej ruchy są płynne i subtelne. Głos aksamitny. Wyciera ręce chusteczką jak nimfa, jak elf. Śpiewa pod nosem pieśni kościelne uśmiechając błogo jak by sama Bozia siedziała naprzeciw.

Matka jest siwiuteńka, ogorzała, ma czujne piwne oczy, spracowane ręce i wszystko pod kontrolą. Odpowiada na każde z tysiąca pytań córki cierpliwie jak automat infolinii. Czule, ale z nutą tłumionej latami irytacji, z troską w głosie pomieszaną ze zmęczeniem kogoś, kto nie ma już siły spać. Opowiada mi jak nie chcieli jej sprzedać biletu do przedziału, bo córka dorosła. Chcieli wsadzić do Warsa na wózku inwalidzkim, ale tam nie można z psem. Wykłóciłam się – mówi niewinnie. Napomyka tylko mimochodem o tym, że dzieci bywają okrutne, o operacjach córki, serca, przeszczepy, oczopląsy, zezy, bo proszę pani ona od sierpnia nie widzi – mówi ze spokojem i pogodą. Hiob i Kohelet mogą jej trzepać dywany. Podaje chusteczki, kanapeczki, piciu, obsługuje sisiu i drapie swędzącą nogę. Śmieje się ze mnie serdecznie, gdy chcę zaciągnąć zasłony, żeby córce nie świeciło w oczy. Przecież ona nie widzi, he hehe. He. Rozmawiamy o pierdołach, korkach i śmierdzących warszawskich mieszkaniach, które przed laty zdarzało nam się wynajmować. Okazuje się, że 10 lat temu byłyśmy sąsiadkami.

Nie mówimy o tym, o czym myśli każda z nas. Nigdy sobie nie powiemy. Przytrzymam jej drzwi. A ona mnie. Musi wystarczyć.

 


 

Pin It on Pinterest

Share This