Odkąd pamiętam, chciałam być dziennikarką. Z krótką przerwą na aktorkę i nauczycielkę, ale prawie od zawsze. Trochę się ze mnie śmiali, gdy w ramach prestiżowego MISHu na UW wybrałam dziennikarstwo jako pierwszy kierunek. Kto zostaje dziennikarzem po dziennikarstwie? Chyba nikt, a przynajmniej nikt z tych dobrych.

Studia jak studia, z nielicznymi wyjątkami (Bralczyk, Oszajca, Tochman, Władyka) jałowe i bez pomysłu na to, jak uczyć zawodu. Bez zachęt do pisania, bez inspiracji do czytania, bez cienia relacji mistrz-uczeń. Za na tyle mało obciążające, że mogłam iść do pracy. To poszłam.

Od pierwszego roku:

• studenckie Radio Kampus (moje „Więcej kultury” nadal tam jest, no nie wierzę!),

• Polsat i (oprócz innych nudnych obowiązków, jak organizacja widowni) zabawianie rozmową gości programu „Co z tą Polską?” zanim wejdą na antenę, żeby nie siedzieli sami w garderobie, a potem trafili do studia na czas (niezliczone small-talki i całkiem poważne dyskusje z najważniejszymi osobami życia publicznego od Zbigniewa Ziobry po prof. Bartoszewskiego. So much fun!),

• asystowanie pani Krystynie Kaszubie, twórczyni „Twojego Stylu”, polskiej Mirandzie Priestley. Moje własne, osobiste „Diabeł ubiera się u Prady” 😉 (żartuję, to była fajna praca, zero mobbingu),

• Polskie Radio BiS, potem EURO, dziś Czwórka (setki setek, tysiące sond ulicznych),

• wreszcie, najdłużej i namiętniej, polityczno-gospodarczy newsroom Radia PiN (już nieistniejącego niestety),

• po drodze pisanie dla Przekroju (tak, miałam szczęście do redakcji z piękną historią i bez przyszłości),

• a oprócz tego studia podyplomowe, staże, stypendia, wyjazdy, nie wszystko i nie zawsze w związku z pisaniem,

• ale też kelnerowanie w knajpach na Foksalu i Manhattanie, sprzedawanie płyt i szorowanie półek w Empiku przy Marszałkowskiej, noszenie skrzynek na nocną zmianę w magazynie jednej fabryki w Corby (UK), odbieranie telefonów i klepanie w klawiaturę w rozmaitych biurach od warszawskiego Muzeum Historii Żydów po kancelarię prawną przy Park Avenue w Nowym Jorku. To w tzw. międzyczasie.

fot. Marcin Czapski/Nikodem Szymański

fot. Nikodem Szymański/Marcin Czapski

Wreszcie, gdy już się zadomowiłam w PiNowym newsroomie,  a pisarsko mogłam się do woli wyżywać w „Przekroju”, zamknęli mi obie redakcje. Specjalnie się nie przejęłam, bo od dawna mam już przetrenowane, że gdy przed nosem zatrzaskują mi jedne drzwi, w chwilę później otwierają następne. A ja akurat urodziłam Mikroba. I założyłam bloga.

Narodziny boskiej matki 

Z początku po to, by nie spamować znajomych na Fejsie strumieniem macierzyńskiej rozkminy i potokiem zdjęć Nowonarodzonego. Bardzo szybko, by nie pisać już więcej o sobie, a o kobietach w ogóle, o matkach, o ojcach, o problemach. TEMATACH. Bo jako nieopierzoną, nieokrzepłą jeszcze matkę interesowało mnie głównie to, co dotyczy rodziców i dzieci. Ale jako dziennikarka szukałam tej wiedzy i odpowiedzi na swoje pytania u polityków, badaczy i twórców opinii, czyli tych którzy moją nową rzeczywistość naprawdę kształtują, a nie tylko na nią psioczą.


Wtem! 

Gdy napisałam Boskiej Matki odpowiedź hejterom Wielkiej Orkiestry na blogu pojawiły się tysiące. Gdy starłam się z dziennikarkami Gazety Wyborczej publikując swoje Nie będę przepraszać za urlop macierzyński, przedruki moich tekstów zaczęły się pojawiać tam, gdzie zawsze marzyłam – w pierwszoligowych, mainstreamowych mediach. Gdy wreszcie w świat poszła moja Pierwsza Niewolnica RP – okazało się, że Boska Matka może podyktować nagłówki wszystkim – od Faktu zaczynając na Faktach TVN kończąc. Pomiędzy, już jako blogerka, zostałam zaproszona do stworzenia i szefowania dużemu serwisowi internetowemu. Jak to się stało? Nikt nie wie 😉

IMG_8485

Kiedyś jedna koleżanka pracująca dla dużej korpo powiedziała mi, że jestem jedyną znaną jej osobą, która DZIĘKI urlopowi macierzyńskiemu podniosła swoje notowania na rynku pracy. Faktycznie, nigdy dotąd moje własne teksty i materiały dziennikarskie nie odbiły się tak szerokim echem w całej Polsce. Nigdy wcześniej mój własny głos, opinia i słowa nie były ważne dla tylu osób, tak często cytowane, poddawane ocenie i krytykowane. Ku szczeremu zdziwieniu mnie samej stopniowo odkrywałam, jak z tygla chaotycznych doświadczeń zdobywanych przez ostatnie 10 lat, po dodaniu szczypty dystansu do rzeczy nieważnych i przy gęstnieniu uwagi, tam, gdzie widzę dla siebie wartość (to właśnie ci się robi w głowę, gdy zostajesz rodzicem), właśnie wydestylowałam nowy pomysł na siebie. Zeszło mi tylko 2 lata 😉

Jeszcze dziennikarka czy już blogerka?

Mówią, że najlepszymi blogerami są byli dziennikarze.
Mówią, że najgorszymi blogerami są byli dziennikarze.
Jedno i drugie tak samo (nie)prawda.

Pielęgnuję w sobie dziennikarkę, choć od niedawna w rubrykę „zawód” wpisuję coraz odważniej: „blogerka”. Mam dziennikarskie nawyki i odruchy. Czytam drukowaną prasę, długie raporty i nudne ustawy, a nie tylko notki prasowe i skróty na portalach. Kiedy tylko się da, potwierdzam informacje u źródła. Babram się w niuansach, gwiazdkach i małych druczkach z zapałem godnym lepszej sprawy, by nie wydawać pochopnych sądów. Nie napisać nieprawdy. Ani nawet półprawdy. Polegam na opiniach znawców i ekspertów. Ale też mam własną opinię i nie waham się jej używać. Już się nie boję. Nie kryguję.

No prawie…

Nadal trochę nie mogę uwierzyć w to, że ogranicza mnie już tylko własna NIEPEWNOŚĆ. Że już nie potrzebuję podpierać się autorytetem swojej redakcji, by traktowano mnie poważnie, by chciano ze mną rozmawiać. Że moja własna „marka” jest dość silna (typowo kobiece skrupuły, które tak świetnie opisała Sheryl Sandberg w swojej książce Włącz się do gry. Kobiety, praca i chęć przywództwa).
A przecież widzę, że jest, gdy ważny rozmówca, o którego zabiegałam z pewną taką nieśmiałością, mówi mi, że zgadza się na wywiad, bo słyszał, że „jestem ważna i piszę rzetelnie”. Gdy cenni rozmówcy, do których to ja powinnam się zalecać, sami się zgłaszają, bo chcą bym to ja o nich pisała. Moje marzenie o pisaniu jak chcę, o czym chcę i na własnych zasadach właśnie się realizuje. Jestem blogerką i profesjonalistką. Kto mi zabroni?

Jako blogerka mam swobodę, której w starych mediach mi zawsze brakowało. Kiedy Agnieszka Graff namawiała mnie do skrócenia naszego wywiadu „bo nikt takich długich nie czyta”, mogłam wreszcie odpisać: „To jest właśnie cudowne w byciu blogerką, że mogę sobie dać taki długi wywiad, a nawet dłuższy, jeśli mi się podoba, a nie jak całe życie w redakcjach, wiecznie ciąć i skracać wbrew sobie i ze szkodą dla tekstu”. I został taki długi. Pięknie się wyczytał (btw, kiedyś jeden mój szef kazał mi zrobić wywiad z profesorem Baumanem, z którego ma zostać na antenę max 5 minut. „Jak się nie zmieści w 5 minut, to znaczy, że nie ma do powiedzenia nic ciekawego”. Padaka. Szczęśliwie, Profesor zrobił mi tę uprzejmość i nie dojechał na tamtą konferencję).

Ja jako ja

Jako blogerka mam wolność, by się emocjonować i zerwać z iluzją bezstronności. I pisać, co mnie wkurza, co zachwyca, co mnie drażni, co boli, na co się nie zgadzam. Ja jako ja. Nie – duży, zasłużony ogólnopolski tytuł z całym swym profesjonalnym zapleczem, tylko Boska Matka | Anna Kowalczyk – dziennikarka/blogerka na swoim. Pod własnym szyldem i tylko na swoje konto. Na własną odpowiedzialność.

I oczywiście nadal jestem kłębkiem wątpliwości. W ciągu ostatniego roku miałam na siebie jeszcze 100 innych pomysłów: od otwierania klubo-kawiarni, do pracy w dyplomacji, PR i rozkręcania internetowego start-upu. A kiedy wreszcie umówiłam się ze sobą i mężem, że zacznę traktować blogowanie jak pracę i pisanie jako główne źródło dochodu… przez miesiąc NIC nie napisałam.

12179629_1080264491984364_1399893941_n

Jaki z tego morał? Dla Was chyba żaden. Dla mnie taki, że wszystko co robiłam, albo nawet tylko planowałam, bez ładu i składu, było po coś. Po to, bym się dowiedziała, czego chcę, a nawet bardziej, czego nie chcę w pracy i w ogóle w życiu. I że – jak mówił Laska w “Chłopaki nie płaczą”:

“Jeśli nie masz na utrzymaniu rodziny, nie grozi ci głód, nie jesteś Tutsi ani Hutu i te sprawy, to wystarczy, że odpowiesz sobie na zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: Co lubię robić? A potem zacznij to robić”.

Od siebie dodam, że można spróbować, nawet jak się ma rodzinę. Mnie się na razie udaje.

PS: Od dawna zbierałam się do napisania tego tekstu, ale pewnie jeszcze by mi jeszcze zeszło (jak ze wszystkim), gdyby nie zaproszenie od PZU do wsparcia kampanii Jaka jest Twoja profesjonalna strona?
A więc moją profesjonalną stronę już znacie.
Pokażcie swoją na Instagramie i wygrajcie cenne nagrody.

EB_blogerzy_22.10_AKTUALNE

Pin It on Pinterest

Share This