Kocham polskie kino. Serio. I słabo mi się robi jak raz po raz ktoś z moich znajomych mówi z kiepsko skrywaną pogardą, że „z zasady nie chodzi do kina na polskie filmy”. Nic nie poradzę, że najbardziej na świecie obchodzą mnie polscy bohaterowie i polskie historie. Tak mam. A to jest mocna historia. I dobrze opowiedziana.

Basia, Marek i Ula są w pewnym sensie „najtypowszą” z polskich rodzin. 2+1, problemy by związać koniec z końcem, myśl o emigracji, którą przekuli w czyn. Szwedzkie Eldorado okazuje się nie tak znowu miodem płynące, on ma, co prawda, nienajgorszą pracę jako trener piłkarski (ileż ma dziewczyn wśród podopiecznych!), ona dorabia jako masażystka, czego szczerze nienawidzi. Tu też finansowo ledwie przędą, a do tego czują się obco, tęsknią, nie mówią po szwedzku. Jednak trwają. Bo może po powrocie do PL byłoby jeszcze gorzej. A poza tym wstyd wracać, nie dorobiwszy się niczego prócz goryczy. A może po postu dlatego, że na swój pokrętny sposób, mimo wszystko co złe, są tam szczęśliwi, choć tak bardzo nie pasowaliby do nowego katalogu IKEA.

Akurat mają kryzys, gdzieś w tle inna kobieta, ona jara jak smok, on próbuje naprawiać, ale mu nie wychodzi. Nieme napięcie, złe emocje promieniują na ich córkę – rezolutną 9-letnią Ulę, która za nic nie chce być szwedzką Ursulą, choć i tak adaptuje się szybciej i lepiej, jak to dzieci. Wskutek serii mniejszych i większych grzechów i grzeszków, na które w Polsce nikt by nie zwrócił szczególnej uwagi (i to akurat nie jest ok), ale jednak przede wszystkim z powodu restrykcyjnego systemu szwedzkiej opieki społecznej, zostaje odebrana rodzicom i oddana pod opiekę postawnym, bogatym Szwedom, z ich pięknym domem nad wodą i psem jak z dziecięcego snu. Bo „najważniejsze jest dobro dziecka”.

Dobro dziecka czyli co?

Dla mnie „Obce niebo” to właśnie filmowy traktat o „dobru dziecka”. O tym, jak  bywa definiowane i pojmowane i o tym, czy słusznie właśnie tak. O tym, że gdy kryteria są sztywne, a nieme założenia przyjęte bez refleksji, uważności i empatii,  ocena, kto jest dobrym rodzicem, kto złym, jest szalenie trudna, ryzyko błędu wielkie, a koszty pomyłki niebywałe.

Znając podobne historie z gazet i tv, słysząc o tym jak źli Niemcy odbierają dobrym Polakom dzieci pod byle pretekstem, można pewnie snuć proste wnioski co do tego, jak odczłowieczone metody stosuje się na zachodzie Europy i że, jak zwykle, polskie rodziny są tam pariasami z góry podejrzewanymi o patologiczne zwyczaje. Warto jednak pamiętać, że i Polska ma na sumieniu zbyt wiele pochopnie rozdzielonych rodzin, za dużo matek i ojców ukaranych za śmiertelny grzech biedy i nieporadności.

Z drugiej strony, nie mogę opędzić się od myśli, że wolę taką chorobliwą nadwrażliwość niż (czy nie jeszcze bardziej chorą?) znieczulicę. Wolę nieuzasadniona zadymę wokół niewinnych siniaków na plecach, niż zmowę milczenia wobec głośnych wołań/cichych błagań o pomoc. Ale tak najbardziej to wolę, żeby ci, którzy zostali namaszczeni na obrońców uciśnionych, na dyspozytorów szczęścia i rozpaczy, namiestników Pomocy i Opieki, nie tylko działali, ale i wysłuchiwali. Wsłuchiwali się uważnie. By nie ulegali rutynie i zanim wydadzą wyrok odmieniający ludzkie losy, próbowali poznać i rozumieć tych, których osądzają. Ich władza jest, zaprawdę, wielka. 

A czasem obce niebo jest gorsze niż własne piekło.
A czasem własne „piekło”, to wcale nie piekło, tylko po prostu  ziemia, po której każdy chodzi, jak umie najlepiej.

Pin It on Pinterest

Share This