Nigdy nie przypuszczałam, że do mojego rodzicielskiego panteonu dołączy jakiś polityk. Choć ja akurat nie z tych, co na co dzień plwają w kierunku Wiejskiej. Politykę uważam za zajęcie ważne, odpowiedzialne i pożyteczne, a polityków za ludzi, którzy wykonują trudną, nieocenioną i niedocenianą robotę, nawet jeśli, jak w ostatnich dniach, z polskiego parlamentu zionie najgorszą kloaką.

Wczoraj i dziś akurat, nasi z bożej łaski parlamentarzyści mieli na tapecie kwestie stricte parentingowe, wszak decydowały się losy ustawy o leczeniu niepłodności. I zdecydowały (zmilczę litościwie w jakim stylu).  Ja jednak nie o tym. Dziś bowiem, moim nowym idolem parentingu, którego plakat powieszę sobie na szafce i przy najbliższej okazji zacznę na jego widok piszczeć jak gimnazjalistka, został (da bum tsss!) Włodzimierz Cimoszewicz.

Tak oto ten prawdziwie zasłużony (komukolwiek kibicujesz, musisz to przyznać) nestor polskiej polityki, były premier, minister sprawiedliwości  i spraw zagranicznych, prokurator generalny,  marszałek Sejmu oraz poseł przez pięć i senator od dwu kadencji, okazał się być zupełnie zajebistym rodzicem. Wydawałoby się, że jego 36-letni syn Tomasz, ojcowskiej ręki od dawna już nie potrzebuje, a kwestie wychowania panowie mają za sobą od dobrych 15-20 lat.  Nic bardziej mylnego.

Oto Tomasz Cimoszewicz, który „po studiach w Białymstoku wyleciał do USA, a tam angażował się w działalność charytatywną oraz rozwijał własny biznes w branży budowlanej, po czym w wrócił do ojczyzny rok temu” (cyt. za portal tvn24) i zapragnął… kandydować do Senatu z okręgu nr 59, czyli tego, w którym tak się składa, jego tato zawsze wygrywa w cuglach. A w najbliższych wyborach tato kandydować nie zamierza.

Typowy polski polityk/rodzic powiedziałby: „Ha! Synu! Wspaniały pomysł! Przejmiesz schedę! Będziesz kontynuatorem! Bądźmy jak Kennedy! Jak Bushowie! Albo przynajmniej jak Wałęsowie. Twórzmy dynastię! Twórzmy historię! My i nasze dzieci! I dzieci naszych dzieci! Wszak bycie mężem stanu masz w genach, we krwi, w nazwisku! A reszta sama przyjdzie! Synu mój i dziedzicu!”.

Tymczasem ex-premier, jeszcze senator – Cimoszewicz Włodzimierz, obśmiany swego czasu za ucieczkę z polityki do puszczy (Białowieskiej), oznajmił milionom telewidzów tvn24, że nie chce, żeby jego syn kandydował do parlamentu, gdyż UWAGA! UWAGA! „Na razie nie ma w swoim w życiorysie niczego, co mógłby przedstawić jako swój dorobek własny – w działalności publicznej, społecznej itd.” oraz „bardzo by nie chciał, żeby jego syn zaczynał karierę wykorzystując tylko wspólne nazwisko” (…). Kiedyś, kilka miesięcy temu, gdy wspomniał (o swoich planach – red.), bardzo otwarcie mu powiedziałem: dobrze, zmień nazwisko na Jan Nowak i kandyduj. Wtedy będzie to sprawdzian, czy ludzie chcą ciebie, czy nazwisko” – dodał Cimoszewicz.

 

Mogłabym tu napisać wiele, bardzo wiele, o przyzwoitości, uczciwości, odpowiedzialności i służbie publicznej, o pryncypiach i sumieniu, o tym, co dzieciom warto dawać, a czego lepiej nie. I jak się ma do tego wszystkiego rodzicielska miłość, troska. I co z instynktem przetrwania, ciągłością rodu, trwaniem genotypu. Ale nie śmiem, ja-podskubana gęś małoletnia. Bo na razie to byłam wiadomo gdzie i wiadomo co widziałam.

Więc tylko chylę czoła.

Przed politykiem.

Przed ojcem.

Nie wiem bardziej przed którym z tych dwu.

Ale bardzo.

Bardzo.

Pin It on Pinterest

Share This