Fot. Roger Gregory/Flickr

Moja mama nigdy nie przeklinała i nie przeklina do dziś. Pamiętam chyba jedną sytuację, w której nazwała kogoś mocniejszym słowem i już wtedy byłam pewna, że tego kogoś czeka wieczne potępienie, gotowanie w smole, względnie rozpuszczenie żywcem w żrącym ługu (tak, tak, mam na świeżo „Gniew” Miłoszewskiego), skoro aż tak jej podpadł.

Mój tato dla odmiany, jako człowiek porywczy i zapalczywy,  po arsenał słów na ka, cha i je sięgał nader często, za co mama mu wyrzucała od rynsztoków i prostaków.

Co poradzę, że w tej materii bliżej mi do taty?

Wśród moich przyjaciół dylemat: „czy się wyrażać przy dzieciach, czy nie?” jest nader ważki i żywy. Bo, co tu kryć: mimo że młodzi, wykształceni i z dużych ośrodków 😉 klniemy jak szewcy, drwale i kowale. I tapicerzy. 😉 I na co dzień nikt z nas nie uważa tego za faux pas. To jest nasz język mówiony. To jest nasza szczerość. Pozwalamy sobie na nią wśród bliskich. Ale wśród bliskich jest już coraz więcej dzieci, których obecność w tym niezręcznych sytuacjach coraz trudniej zbyć lekceważącym: eeee, i tak nie rozumieją.

Im bardziej nam dzieci rosną, tym częściej się bijemy po łapach, kuksamy pod żebra i kopiemy po kostkach. A i tak wszystko na nic, bo niebawem Mikrob, jak pokolenia przed nim i pokolenia po, wyjaśni pani w przedszkolu, że kulwa to jest takie słowo, którego się używa, jak się czegoś szuka. Albo uderzy w palec.

No więc przeklinać przy dzieciach, czy nie?

Nie wiem, co na ten temat mówią psychologowie. Pewnie coś mądrego i zupełnie niepraktycznego.  Wiem, co mówią językoznawcy –  że przekleństwa są dla języka tym, czym przyprawy dla kuchni – nadają smaku i wyrazu, ale używane w nadmiarze albo bez pomyślunku psują smak i efekt. Podobnie jak zdrobnienia (czyż panoszące się bez wzgląd na kontekst „pieniążki” i inne takie, to nie większy gwałt na polszczyźnie niż jedna niewinna kurwa, wtrącona nieopacznie, dla zadania szyku?).

Chciałabym wierzyć, że tak właśnie – z rozmysłem i stylowo – przeklinam. Ale, oczywiście, tak nie jest 🙂

Przeklinam z lenistwa albo z bezradności. Uciekam w przekleństwa, gdy brakuje mi sił i słów. Albo innego pomysłu. Ostatnio zanim zdecydowałam, czy to, co mnie spotkało bardziej zasługuje na miano niewyobrażalnego „cynizmu”, „wyrachowania” czy „perfidii”, wysyczałam winowajcy w twarz, że nigdy nie zaznałam większego kurewstwa. Mało bon ton.

Ale jak mówią mędrcy internetu: lepiej głośno przeklinać, niż być małym cichym skurwysynem. A przecież chodzi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa…

Moja głowa właśnie to pomyślała.
Prof. Bralczyk by mnie pewnie rozgrzeszył. Przez wzgląd na tę piątkę, co mi dał na egzaminie.

 

 

 

 

 

 

Pin It on Pinterest

Share This