Ta historia zaczyna się zawsze podobnie. Na początku radość. Z dwóch kresek. Tych wyczekanych i wymodlonych, albo i nie. Ale, w końcu, przeważnie jednak radość. Obojga. I zaraz kaskada pomysłów i planów, bo tfu, na psa urok, wiadomo, że jeszcze wcześnie, ale nie zaszkodzi mieć w zanadrzu kocyk albo nawet i imię.  Odstawia kawę i wino, przestaje się przejmować bzdurami, zaczyna o siebie dbać. Nosi w sobie Życie.

Coraz bardziej podobają jej się pastele. I szczeniaki w reklamach. Nie rycz, kretynko! Hormony, hormony… Niech was szlag.

Nie wytrzymuje. Dzwoni do mamy. Biegnie do przyjaciółki. Nie może już siedzieć i gryźć się w język.

Po paru tygodniach zaczyna się zdradzać, przed znajomymi, że to wino, to jednak schowa na „po”. Ach, tak, dziękuję, na razie wszystko dobrze, chodzę tylko trochę senna. I odkryłam, że klatkę zmywają zawsze o 9 rano. Ten płyn do mycia podłóg nigdy tak mocno nie pachniał. Wiecie przecież, jak to bywa W  C I Ą Ż Y.

Jest jeszcze przedwcześnie, ale już Je widzi, już prawie czuje jak się porusza, a przecież niemożliwe, no wiem, że niemożliwe. Dopiero 6/8/12 tydzień.

Idzie na USG, dziarsko i pewnie wpatruje się w monitor szukając pulsującej kropki.

I kropka czasem pulsuje, a czasem jednak nie. A nawet jak pulsuje, to później przestaje. I wtedy boli bardziej. A może nie bardziej? Smutek się trudno skaluje.
„Ciąża się nie rozwija”
„Nie ma tętna”
„Puste jajo płodowe”
„Przykro mi, nie mam dla państwa dobrych wiadomości”
„Konieczne będzie łyżeczkowanie”
„To się, niestety, często zdarza”
„Za trzy miesiąca można próbować znów”
„To nie pani wina”

I niby jeszcze wcześnie, nie trzeba było zapeszać, po co się cieszyć na wyrost, w pierwszym trymestrze to nigdy nic nie wiadomo.
Wiadomo.

A jednak.

I myśli sobie, to dobrze, że tak wcześnie, morula-blastula, to nic. W porównaniu z tymi, co rodzą martwe dzieci albo muszą patrzeć, ja im dzieci umierają na rękach. Albo ronią po wielokroć, straceńczo brnąc w kolejne ciąże. To nic. Wie, że to nic.

I za 3 miesiące, za rok, za dwa znów kreski, i radość, ale nieśmiała, tym razem nikomu ani słowa. Dopóki nie będzie na pewno. A na pewno nie będzie do końca.

I kropka pulsuje, drugi trymestr przeleciał, przestaje widzieć swoje stopy, w końcu ma kogo zawijać w ten kocyk. I komu nadać to imię, ale inne, jednak inne.

I już dawno zapomniała, nie ma co wracać, bywa. Życie jest tutaj. Nie tam.

I tylko czasem pomyśli, tak jak dziś, przy okazji, że miałaby już dwójkę, albo trójkę.
Ale to nic, to nic.

—-

15 października na całym świecie obchodzi się Pregnancy and Infant Loss Day po polsku nazywany Dniem Dziecka Utraconego.

 

 

 

Pin It on Pinterest

Share This