Podczas ważnej rozmowy w sprawie ważnej pracy zostałam dziś zapytana o mój największy zawodowy sukces. Coś tam odpowiedziałam, nieistotne. W chwilę po wyjściu z tej samej rozmowy dostałam smsa od mojej Mamy: „Jesteśmy w Jerozolimie. Trudno uwierzyć”. Niby bez związku. A jednak.

Odkąd pamiętam, Mama, która jest osobą głęboko religijną, marzyła o wyjeździe do Izraela, do „Ziemi Świętej”, jak mawiała. Marzyła, bo dla emerytowanej nauczycielki to nie jest takie znów hop-siup. Ale też znów nie takie nie-wiadomo-co, więc pewnie już dawno mogłaby spełnić swoje marzenie, tyle że zawsze po drodze były do spełnienia jakieś inne. Cudze. Na przykład moje.

Trochę mi zeszło, zanim wyemancypowałam się finansowo  na tyle, by spełnić mamine marzenie. W sumie mogłam to zrobić już jakiś czas temu, ale wciąż po drodze były do spełnienia jakieś inne. Na przykład moje.

To, że dziś jestem tu, gdzie jestem, a na podobnych do dzisiejszej rozmowach mogę godzinami opowiadać o licznych pozycjach z mego obszernego CV, to zasługa mojej Mamy. I Taty (choć jego marzeń już nie będzie mi dane spełniać).

A mój największy zawodowy sukces to moja Mama dziś w Jerozolimie.

 

 

 

 

Pin It on Pinterest

Share This