Rokrocznie ostatnim krzykiem mody jest być w onych dniach wyczerpanym psychicznie oraz wrakiem człowieka. O Bożeno! Jakie tłoki w sklepach! Kyrie Eleison! Na parkingach pandemonium, karpie konają w męczarniach, teściowa setny raz pyta, czy kompot bardziej wędzony, czy delkatny, a może taki i taki? No i co tu kupić wujowi Stefanowi? Zaraz, zaraz, a czy wuj Stefan to przypadkiem nie umarł ostatniej wiosny? I jeszcze jeden śledzik służbowi i zdechnę. I jeszcze raz usłyszę „Last Christmas” i zacznę mordować. Wrzawa, ścisk, ruja, poróbstwo, targowisko próżności, erupcja badziewia, spiętrzenie wkurwionego chamstwa. Upadek Rzymu, generalnie. I bagno behawioralne.

A ja Wam powiem, że lubię.

Ten gwar, ten ścisk i „Last Christmas”. Lubię obmyślać, co się komu podoba, bo kocham te uśmiechy, gdy znać, że trafiłam. I nawet lubię to stanie w kolejkach, bo mi to dodaje punktów do lansu na zdobywcę, kiedy się już dostoję. Lubię się głowić, czy się zmieścimy przy stole i jak tu znowu dyskretnie nakarmić karpiem chomika, bo ja tego świństwa do ust nie biorę. Lubię światełka i świecidełka, im bardziej migają, tym lepiej. Szczęśliwie nie mam padaczki.

A najbardziej lubię życzenia. Składać. Ale też przyjmować. Bo co roku życzy mi ktoś niespodziewany, tak z serca i z brzucha, że nie wiem, gdzie podziać oczy.

Życzenia kartkowe dotąd zwykle tylko dostawałam – w tym roku wreszcie też posłałam. W kopertach. Ze znaczkiem. Odstawszy swoje w ogonku.

Te naprawdę wysłałam w tym roku

Te naprawdę wysłałam w tym roku

 

A najbardziej lubię też życzenia składane prosto w nos. Przy opłatku.

Mamy z przyjaciółmi ukochaną tradycję. Już będzie z 10. raz, jak się spotykamy na naszej Wigilii, kilka dni przed tym, jak się rozjedziemy po Polsce, po rodzinach i rodzinnych domach. Jest wszystko, jak należy: choinka, czytanie, potrawy, śpiewanie. Żeby skały kichały, każdy stara się być osobiście, a jak nie, to chociaż przez Skype’a. Skład się prawie nie zmienia. Przybywa tylko dzieci. Bogu dzięki, nikogo na razie nie ubywa. Przynajmniej nie na zawsze.
Nie kupujemy sobie prezentów, to zbędne, za to długo i namiętnie dzielimy się opłatkiem.

I sobie życzymy.
Sobie nawzajem i sobie-sobie. Ale to nie są zwykłe życzenia – rytualne, machinalne: zdrowia, szczęścia, pomyślności, śniegu na święta i piniędzy w nowym roku, dobra, jemy. To przeciągłe, zawoalowane, mówione na speszonym półuśmiechu i przyspieszonym wzruszeniem oddechu, wyznania miłości i przywiązania, czułości i wdzięczności.
Za życzliwą obecność przez pozostałe 364 i pół dnia.
I za czujną nieobecność, kiedy woleliśmy być sami.
Za z głupia-frant smsy: co słychać?
Za naleśniki z dżemem przyniesione do szpitala w lnianej ściereczce w kratkę.
I za pamięć o tym, że marzyłam o tej książce, ale nigdzie jej nie było. I za jej kupienie na wyprzedaży w Biedrze.
Za trzymanie kciuków za momenty tryumfu i chwały.
Za trzymanie za rękę w chwilach klęski i upodlenia.

Czasem też przeprosiny.
Za nieodbieranie telefonu i niedzwonienie.
I zapomnienie, że ten film chcieliśmy obejrzeć tylko razem.
I że Twoje cholerne urodziny są czwartego, a nie czternastego.
Za to, że byłam tak bardzo skupiona na sobie, że nie słyszałam, kiedy mnie wołasz.

Nie mówimy sobie takich rzeczy na co dzień, ani nigdy-indziej. Jesteśmy na to zbyt ironiczni, zdystansowani i zbyt świetnie rozumiemy, że sentymentalizm jest jednak strasznie żałosny. Ale na Święta sobie odpuszczamy. Odsłaniamy miękkie brzuchy i pozwalamy się drapać za uchem. I ogony chcą się nam urwać od merdania.

Za na nami już Wigilia z naszą Rodziną z Wyboru i z Serca, przed nami – z Rodziną z Krwi i z Urodzenia.
Przebieram nogami, bo obie są najpiękniejsze właśnie dzięki Życzeniom.
Na życzenia czekam najbardziej.

Życzę Wam najpiękniejszych Życzeń.
I Wigilii, na którą czeka się cały rok.

BM

 

Pin It on Pinterest

Share This