Jako prawdopodobnie ostatni ludzie na Ziemi dopiero skończyliśmy oglądać drugi sezon House of Cards i przymierzamy się do trzeciego. Absolutnie daliśmy się uwieść bohaterom i fabule i wszystkimi kończynami podpisujemy się pod sloganem, którym reklamowano serial: We love to hate him!

Mnie osobiście, oprócz bezbłędnego aktorstwa, mistrzowskich dialogów i nieoczywistych zwrotów akcji, szczególnie zachwyca w serialu jeden wątek: małżeństwo Franka i Claire.

Oprócz całej ich obezwładniającej perfidii i lodowatej bezwzględności (która jak wiadomo pociąga i przede wszystkim tych, co nie potrafią skłamać nawet w kwestii: kto zjadł ptasie mleczko), pozostaję w zachwycie nad nieskończoną lojalnością i głęboką przyjaźnią, jaka ich łączy. W moich oczach ich związek jest niemniej doskonały, niż ich zbrodnie i intrygi. Bo choć to, co robią jest złe i niegodziwe, sposób w jaki SĄ W TYM RAZEM, jest imponujący. I nie mówię tylko o pozbawionym cienia małostkowości przechodzeniu do porządku dziennego nad chwilami słabości współmałżonka. Myślę raczej o perfekcyjnej synchronizacji celów. O bezpardonowej szczerości i szacunku, jakim się wzajemnie darzą.  Choć wiem, że to podziw skorpiona dla grzechotnika.
I choć chwilami mogłoby się wydawać, że ta małżeńska spółka z nieograniczoną odpowiedzialnością wypłaca dywidendę tylko jednemu ze udziałowców, nie jest wcale tak oczywiste, kto tu ma pakiet kontrolny. Bo Claire jest kimś znacznie więcej niż żoną stojącą za sukcesami męża. Wiedzą o tym oboje.

Jest coś niezwykle seksownego w tym małżeństwie, które właściwie nie uprawia ze sobą seksu. Pokrętna i pieczętowana (cudzą) krwią WIERNOŚĆ. Stalowa, ba!, kevlarowa wprost JEDNOŚĆ. Nie wymagające prawie słów ani gestów POROZUMIENIE.

Myślę sobie o naszych wspólnych prawie dziesięciu latach i o tych chwilach, kiedy my też „sami przeciw światu”, fałszywym przyjaciołom i prawdziwym wrogom, byliśmy jak jedna pięść.

Byliśmy jak Underwoodowie.

I uśmiecham się lekko.
Niezauważalnie.

 

 

Pin It on Pinterest

Share This